adopcja/rodzicielstwo zastępcze

Artykul w tygodniku \"Gazeta Gostyńska\" autorstwa pani Honoraty Jankowiak (Dodano 2017-05-13 20:38:49)

Kochani, zapraszam Was do lektury artyku, który ukazał się na łamach Gazety Gostyńskiej.

"Jej historia poruszyła mnie do głębi. Gdy czytałam o tym, że trzykrotnie przeżyła śmierć swoich dzieci, zastanawiałam się, jak dużo jest w stanie udźwignąć kobiece pragnienie macierzyństwa. Dziś moja bohaterka jest szczęśliwą zastępczą mamą czterech wspaniałych dziewczynek. A miłość, którą im przekazała, powróciła do niej pod postacią cudu o imieniu Zuzka. Od kilku miesięcy Anna Gbiorczyk-Wojciechowska z Kunowa prowadzi blog "Sercem otulone". Chce podnieść na duchu rodziców Aniołkowych, zachęcić do rodzicielstwa zastępczego, ale też pokazać, że warto podejmować trudne decyzje i wierzyć w szczęśliwe zakończenia. 

Anna Gbiorczyk-Wojciechowska jest szczęśliwą mamą dla pięciu wspaniałych dziewczynek. Jednak zanim do tego doszło, była też mamą dla trójki chłopców, których urodziła tylko na chwilę, stając się Aniołkową mamą. Od kilku miesięcy prowadzi blog „Sercem otulone”, za sprawą którego chce podnieść na duchu Aniołkowych rodziców, zachęcić do rodzicielstwa zastępczego oraz własnym przykładem pokazać, że dobro powraca, a cuda się zdarzają, nawet jeśli droga do nich czasem prowadzi przez piekło...

Cierpienia wracają
Ania wie, co czują kobiety, które przeżyły śmierć swoich dzieci. Sama doświadczyła tego trzykrotnie. - Myślałam, że to niemożliwe, że takie cierpienia przecież nie wracają do człowieka. Jakże mylne było moje mniemanie. I zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze – mówi Ania. Pawełek urodził się w 36 tygodniu ciąży. - Niestety nie mogłam zabrać go na ręce, wtedy w szpitalu, a później, po śmierci, nie miałam na to siły. Do dziś jednak tego żałuję. Żałuję też, że nie mam żadnego jego zdjęcia, choć jego wizerunek cały czas tkwi w mojej pamięci – wspomina. Druga ciąża skończyła się w 8 tygodniu. Po dwóch latach urodził się Adaś, który jednak zmarł w drugiej dobie życia. Jak się podnieść po tak traumatycznych doświadczeniach? - Śmierć dzieci to najgorsze, co mnie w życiu do tej pory spotkało. Długo nie mogłam o tym w ogóle mówić. Każda kolejna wizyta u znajomych, u których rodziło się kolejne dziecko, kosztowała mnie mnóstwo negatywnych wrażeń i łez. Nie dlatego, że im tych dzieci zazdrościłam. Nie, nie, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że je mają, ale pamięć o moich dzieciach, o ich śmierci, była tak silna, że aż momentami nie do zniesienia – wyznaje Ania, która nie ukrywa, że po takich doświadczeniach jest się już zupełnie innym człowiekiem. Znalezienie się na etapie, na którym jest obecnie, zajęło jej kilka lat. Wtedy wspólnie z mężem podjęli decyzję o zostaniu rodzicami zastępczymi. - Uznaliśmy, że nie udźwigniemy kolejnej straty dziecka, nie mając szansy na naturalne macierzyństwo, zdecydowaliśmy się na rodzinę zastępczą – kontynuuje.

To była miłość od pierwszego wejrzenia
Gdy już Ania z mężem podjęli decyzję o zostaniu rodziną zastępczą, planowali zostać rodzicami jednego lub dwójki dzieci. - Większość rodziców zastępczych nastawiona jest na taki właśnie wybór. Ale życie często weryfikuje nasze oczekiwania. Najpierw mieliśmy dostać chłopców, ale trafili oni do adopcji. Dziewczynki były nieplacówkowe, trafiły do domu dziecka, ale się tam nie zaklimatyzowały. Cały czas płakały. Gdy je poznaliśmy, nie było już mowy, żeby zamieszkał z nami ktoś inni. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Pamiętam jak dziś, gdy jedna z dziewczynek podczas naszego pierwszego spotkania podeszła do mnie z książeczką i poprosiła, bym jej poczytała. Gdy wróciliśmy do domu, nie mogliśmy przestać o nich myśleć – wspomina Ania. Po dwóch latach do dziewczynek dołączyła ich najmłodsza siostra, która urodziła się kiedy dziewczynki były już w rodzinie zastępczej. Co było najtrudniejsze w byciu rodzicem dla czwórki dziewczynek? Trzeba było przeorganizować całe dotychczasowe życie. Tym bardziej że pojawiły się dziewczynki w różnym wieku, od najmłodszej 13-miesięcznej począwszy po najstarszą 8-letnią. - Z małżeństwa, które do tej pory mieszkało samotnie, staliśmy się nagle rodzicami dziewczynek w różnym wieku. Nagle pojawił się maluszek, który jeszcze nie umie chodzić, zbuntowana trzylatka i ośmioletnia, wystraszona dziewczynka, w której głowie zdążyły się już zapisać traumatyczne przeżycia. Była zarówno ich świadkiem, jak i ofiarą. Nie wiedzieliśmy, jakie są dziewczynki, co lubią. Najstarsza w wieku 8 lat nie chodziła jeszcze ani do przedszkola, ani do szkoły, trzeba ją było nauczyć czytać. Ułożenie tego wszystkiego organizacyjnie zajęło nam trochę czasu. Przy dzieciaczkach czas jednak tak szybko leci, że aż trudno mi uwierzyć, że minęło już siedem lat, odkąd dziewczynki pojawiły się w naszym życiu – mówi. Aktualnie Ania z mężem są już zawodową rodziną zastępczą. Zgodnie z prawem dzieci przebywające w zawodowych rodzinach zastępczych mogą w nich być do ukończenia 18 roku życia, później dochodzi do procesu usamodzielniania wychowanków. Jednak Ania z mężem kochają dziewczynki jak własne i nie wyobrażają sobie, by mogły tak po prostu od nich odejść.

Zuzia – cuda się zdarzają
Zuzia pojawiła się wtedy, gdy nikt się jej nie spodziewał. Wiadomość o ciąży spadła na Anię nieoczekiwanie i od początku obarczona była wielkim strachem. - Liczyłam każdy ruch dziecka i żyłam od wizyty do wizyty. Nie mogłam uwierzyć w to, że ta ciąża się powiedzie, tym bardziej że bardzo źle ją znosiłam. Ta ciąża spowodowała, że wróciły do mnie złe wspomnienia. Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że rany muszą się czasem pootwierać, by mogły się całkowicie zabliźnić. Gdy się dowiedziałam, że to będzie dziewczynka, uspokoiłam się – wspomina Ania. Zuzka przyszła na świat 7 stycznia 2015 roku i jest zdrową, i pogodną dziewczynką, która skradła serca najbliższych. - Do dzisiaj, gdy na nią patrzę, nie mogę uwierzyć, że się pojawiła – dodaje Ania. A jak na biologiczną córkę swoich zastępczych rodziców zareagowały dziewczynki? - Od początku potraktowały ją jak swoją siostrzyczkę. Cieszy mnie, że dziewczynki tak bardzo się zżyły z Zuzią. Wołają na nią „Zuzik łobuzik”, a ona chodzi po domu i powtarza „Kofam Nicolę, kofam Klaudię”. Bardzo się cieszę, że udało się nam zbudować taką więź – mówi. Czy istnieje recepta na szczęśliwe rodzicielstwo zastępcze? Zdaniem Ani potrzeba dużo miłości i równie dużo czasu. - Od początku spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Razem wykonujemy wiele codziennych, domowych czynności, razem pieczemy i gotujemy. Czasem brakuje tego czasu dla siebie, ale wiem, że akurat teraz jest czas, który chcę poświęcić im. Dziewczynki są tak bardzo zżyte, że wskoczyłyby za sobą w ogień, nie pozwolą sobie zrobić krzywdy. Są bardzo opiekuńcze wobec siebie i wobec Zuzy. Zuzia z kolei uczy się od nich, bo to są jej siostry – mówi i dodaje: - Gdy pojawiły się dziewczynki, wytłumaczyłam sobie, że może ja dlatego straciłam swoje dzieci, by w naszym życiu mogły pojawić się one. Nie wiadomo, co by się stało z nimi – stwierdza.

Sercem otulone
Czy można pogodzić się ze śmiercią dziecka? Można jedynie nauczyć się z tym żyć. Ania potrzebowała na to kilku lat. Dzisiaj chce swoim doświadczeniem podzielić się z kobietami będącymi w podobnej sytuacji, wesprzeć innych Aniołkowych rodziców, ale też przełamywać wiele stereotypów krążących wokół tematu rodzicielstwa zastępczego. Uważa, że jej historia, choć trudna, może być inspiracją dla innych. Tak powstał prowadzony przez nią od września zeszłego roku blog „Sercem otulone”. Odbiór, z jakim spotkał się w ciągu tych kilku miesięcy, bardzo Anię cieszy. - Blog skierowany jest głównie do mam Aniołkowych, ale nie tylko. Początkowo moim zamiarem było właśnie dotarcie do nich, ale z czasem pomyślałam, że będzie to też dobra forma opowiedzenia o tematyce rodziny zastępczej. Gdyby dzięki blogowi choć jedna osoba zdecydowała się na zostanie rodziną zastępczą, byłby to ogromny sukces – przyznaje. Odkąd prowadzi bloga, piszą do niej nie tylko mamy Aniołkowe, ale też kobiety, które w swoim otoczeniu spotykają się z utratą dziecka. Proszą o radę, pytają, jak mają się zachować wobec osób w żałobie, co powiedzieć. Ania doświadczyła, jak bardzo w takich traumatycznych doświadczeniach potrzebne jest wsparcie otoczenia, dlatego poświęca temu wiele miejsca w swoim blogu. - Najbliższe otoczenie często odsuwa się od osób w żałobie, bo nie wie, jak się wobec nich zachować. To najgorsze, co można zrobić wobec cierpiących. Obojętność ludzi dookoła bardzo boli – tłumaczy Ania. - Osoby osierocone nie powinny więc same dążyć do ratowania sytuacji. Same sobie nie poradzą. Nie udźwigną tego ciężaru. A jeśli nie zrobią tego w początkowym stadium żałoby, będzie się ona ciągnęła za nimi całe życie. I nie chodzi tutaj o fakt jej przeżywania, bo on akurat jest nieuchronny, ale o świadomość jego złożoności. Istnieje bowiem nieskończenie wiele możliwości, by takiej osobie pomóc, a ona przez tę pomoc jest w stanie wiele faz, procesów żałoby zrozumieć i tym samym przejść przez nie trochę „lżej” - pisze na blogu. Dlatego tak ważne są rozmowa i szukanie wsparcia nawet w terapii, bo ludzie nie zawsze potrafią rozmawiać ze sobą otwarcie, szczególnie na trudne tematy. - Nieprawdą jest, że jeśli te mamy mają inne dzieci czy zajęcia, to łatwiej im taką stratę przeżyć. Bunt, który pojawia się zaraz po stracie, trzeba przeżyć i przepracować. Potem trzeba się nauczyć z tą stratą żyć. Moje dziewczynki są lekarstwem na moją stratę. Razem jeździmy na cmentarz, rozmawiamy o tym. Piszę tego bloga również dla nich. Żeby potrafiły sobie te trudne przeżycia w swoich główkach ułożyć – dodaje.

Łamać stereotypy
Blog Ani oprócz funkcji terapeutycznej wobec rodziców Aniołkowych ma na celu rozprawić się z wieloma stereotypami, które przez lata urosły wokół tematu rodzin zastępczych. - Wokół adopcji i rodzin zastępczych krąży wiele fałszywych stereotypów. Dzieci adopcyjne i z rodzin zastępczych uważa się za gorsze, które trudno wychować. To nie jest prawdą. Moje dzieci potrafią cieszyć się z rzeczy tak „mało dla innych ważnych”, a za największy sukces, jaki je w życiu spotkał, uważają właśnie to, by mieć rodzinę. Doceniają, że mają się w co ubrać i co jeść, co wcześniej nie było takie oczywiste. Często chodziły spać głodne i nawet, będąc już u nas, długo, zanim sięgnęły po jakąkolwiek przekąskę, pytały, czy mogą ją zabrać. Wcześniej musiały podzielić się jednym danonkiem albo po prostu nic nie jadły – mówi Ania. Jej zdaniem to ważne, by pokazywać własnym przykładem, że rodzina zastępcza może być dobrą i kochającą się rodziną, która w niczym nie jest gorsza od tej biologicznej, która przecież również boryka się z wieloma problemami. - Blog ma nieść przesłanie, że mimo jakichkolwiek przeciwności losu nie wolno się poddawać i trzeba zawsze walczyć do końca. Ma również zachęcać do rodzicielstwa zastępczego i adopcji, ułatwić podjęcie decyzji, które nie są łatwe, ale niekoniecznie należy się ich bać – mówi Ania. Blog ma też przełamać barierę przed głośnym mówieniem o śmierci bliskich czy rodzicielstwie zastępczym, co często przychodzi z wielkim trudem. - Chciałabym, by kobiety po przejściach doszły do takiego etapu, na którym ja jestem teraz, gdy mogę opowiadać o wszystkim na spokojnie. Pisząc bloga, piszę z perspektywy osoby, która sama to wszystko przeszła. Czasem niektóre wpisy tak wiele mnie kosztują, że muszę robić sobie przerwy w pisaniu. Jest wiele historii, które dobrze się kończą, ale nie ma ich w obiegu publicznym. Chcę to zmienić poprzez blog – wyznaje. Czy warto zostać rodzicem zastępczym? Oczywiście! - Czasem trzeba coś poświęcić, ale to ma sens, bo w zamian dostaje się ogrom miłości. Niedawno od jednej z dziewczynek dostałam pęczek mleczy. Innym razem było to serce z czekolady, specjalnie dla mnie wypiekane ciasteczka czy babka z piasku. To się w głowie nie mieści, jak tym dzieciom niewiele potrzeba do szczęścia. My, dorośli, możemy się wiele od nich nauczyć – kończy."

Pani Honorato, dziękuję za przemiłą rozmowę i na zwrócenie uwagi na potrzebę mówienia o sprawach, których blog dotyczy. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję...do usłyszenia :) 



Facebook