dążenie do macierzyństwa

Zuzka - cud, który miał się nigdy juz nie zdarzyć - o długiej drodze do szczęśliwego rozwiązania :) (Dodano 2016-09-21 15:29:18)

 

Zuza –  o dziecku, które chwyciło za serce bardzo mocno….

 

Z racji tego, że ostatnie moje posty były bardzo smutne i mówiły przeważnie o śmierci, opowiem Wam dzisiaj o moim małym cudzie, który zdarzył się 07 stycznia 2015 r. i ma na imię Zuza. Jest zdrową i bardzo wesołą dziewczynką. Skradła ona serca, nie tylko nasze, ale i te, które do samego końca nie wierzyły, że kiedykolwiek się pojawi.

 

Przyznam się Wam, że długo nie mogłam zabrać się do tego postu. Pewnie niejeden z Was zastanawiał się dlaczego właśnie od niego nie zaczęłam, ale wbrew pozorom, mówienie o niej nie jest dla mnie takie proste.

 

Zanim się pojawiła, nikt z dalszego otoczenia, nie wiedział w ogóle o tym, że jestem w ciąży. Tak bardzo się bałam, że nie chciałam zapeszyć, tym bardziej, że początek ciąży to nagły pobyt w szpitalu, krwawienia, gorączka, angina, bóle brzucha itd.

 

 Podczas pierwszego badania usg, kiedy jeszcze niedowierzałam, że ta mała fasolka to faktycznie ciąża, lekarz oznaczył 6 tydzień i z uśmiechem na ustach powiedział, wszystko w porządku. Myślałam sobie wtedy, że pewnie się pomylił i oznajmiłam mu, że wcześniejsze ciąże były nieudane, że kończyły się śmiercią dzieci  i  czy aby na pewno są wody płodowe bo wcześniej przecież ich nie miałam. Są, powiedział i jeszcze raz powtórzył: Wszystko jest dobrze.

 

Nie wiem co musiałoby się wtedy stać, żebym uwierzyła  w te słowa. To wszystko, co się działo, było dla mnie tak nierealne, że aż niemożliwe i choć z dnia na dzień dopadały mnie po kolei wszystkie przykre dolegliwości ciąży, typu mdłości, bóle krzyża, głowy itd., nadal nie wierzyłam, że w niej jestem.

 

Tak silnie oddziaływały na mnie wcześniejsze traumatyczne przeżycia, że nie dopuszczałam do siebie faktu istnienia tego dziecka. Nie dlatego, że go nie chciałam. Wręcz przeciwnie, chciałam i to bardzo, ale potwornie bałam się, że znowu je stracę i chyba obawiałam  się do niego za mocno przywiązać.

 

Ponieważ wcześniejsze ciąże prowadzili starsi, doświadczeni lekarze, postanowiłam, że powierzę siebie i dziecko w opiekę kogoś ze świeżym umysłem, ambitnego, pewnego siebie i swoich umiejętności.

 

O doktorze Antczaku usłyszałam wcześniej już wiele razy, moje zaufanie zaskarbił jednak tym, że w ostatniej chwili potrafił podjąć trafną decyzję i tym samym uratował życie dziecka mojej siostry. Udałam się więc do niego i nie żałuję.

 

Każda wizyta, choć kosztowała mnie sporo nerwów, z miesiąca na miesiąc dawała pozytywny obraz  a lekarz ze stoickim spokojem wyjaśniał kolejne etapy ciąży.

 

Na początku pojawiałam się w gabinecie się  co miesiąc, potem częściej. Z niepokojem czekałam na kolejną wizytę. Doktor Antczak był w tym czasie jedyną osobą, która potrafiła mnie, choć na chwilę, uspokoić.

 

Kiedy wychodziłam z gabinetu, obawy i strach znowu wracały. Przez ten czas do kolejnej wizyty, czułam się strasznie zagubiona, zaniepokojona i niepewna tego, co będzie.

 

Nie potrafiłam, jak to było wcześniej, podczas pierwszej ciąży, szykować wyprawki, kupować łóżeczka, wózka itd.

 

Zrobiłam to już na końcowym  etapie, praktycznie już na „ostatnich nogach”.

 

Z racji tej, że wcześniejsze ciąże skończyły się cesarskim cięciem, teraz też, ze względów zdrowotnych, musiało się odbyć.

 

Trafiłam więc do szpitala w wyznaczonym terminie i zostałam przyjęta na oddział.

 

Tam, po spisaniu wywiadu, podłączona do ktg i powoli przygotowywano do zabiegu.

 

Uprzedziłam dziewczynki, że pojadę do szpitala na krótko, żeby urodzić Zuzię, że przez  ten czas będzie z nimi tata i babcia, że wrócę do domku już z dzieciątkiem.

 

Dziewczynki bardzo na Zuzkę czekały. To one wcześniej zdecydowały, że maleństwo będzie Zuzką albo Antosią  i to one pomogły mężowi uszykować łóżeczko itd. Miały swój udział nie tylko w nadaniu  imienia, ale w przygotowaniu miejsca dla nowego członka rodziny.

 

Były z tego powodu niezmiernie szczęśliwe.

 

Mąż zawiózł  mnie do szpitala o 7 rano, tego samego dnia o 11.28 urodził się nasz skarb. Nie wybraliśmy opcji porodu rodzinnego, ze względu na fakt cesarskiego cięcia.

 

Chyba nawet wolałam tam być wtedy sama…. teraz trochę tego żałuję….ale ja z natury jestem taka Zosią samosią i twierdzę, że nawet w takich momentach dam sobie radę.

 

Pamiętam wzruszenie męża kiedy się pojawił tego samego dnia popołudniu. Były kwiaty, które naburmuszona pielęgniarka kazała zaraz zabrać i mnóstwo pozytywnych emocji, ze łzami włącznie.

 

Podczas zabiegu cesarskiego cięcia byłam świadoma tego co się dzieje, obyło się bez znieczulenia ogólnego, które bardzo źle wspominam z czasu pierwszej ciąży.

 

Pamiętam, że lekarze, którzy operowali, żartowali sobie, opowiadając przeróżne historie i tym samym rozluźnili trochę napiętą atmosferę. Cesarka trwała dość długo ze względu na małe komplikacje, ale odetchnęłam z ulgą dopiero kiedy nagle na sali rozległ się straszny płacz dziecka.

 

Zuza powitała ten świat głośno krzycząc, był to płacz połączony ze strasznym niezadowoleniem, że ktoś ją wyrwał z błogiego świata w którym była dotychczas, od mamy.

 

Zarówno mnie, jak i pielęgniarkę anestezjologiczną, mocno rozbawił ten wrzask. Kiedy natomiast pokazała mi ją po raz pierwszy, mój śmiech zamienił się w łzy, szczęśliwe łzy. Płakałam takimi pierwszy raz w życiu. Pielęgniarka trzymała ją przy mnie dłuższą chwilę, a ja całowałam przez ten czas jej główkę.

 

Do momentu, aż doszłam do siebie po cięciu i kiedy przywieziono mi Zuzę, cały czas zastanawiałam się czy z nią wszystko w porządku. Czy aby na pewno nie okaże się, że jest na chora. Może czegoś nie zauważyli, może coś  im to umknęło…. Może….

 

Takich „może” przychodziło mi do głowy jeszcze mnóstwo przez długi czas, kiedy byłyśmy już w domu.( Obawę spotęgował fakt pobytu  z siedmiotygodniową kruszynką  w gostyńskim szpitalu kiedy dopadło ją zapalenie płuc.  Tam spędziłyśmy całe 10 okropnych  dni. )

 

Dzień, kiedy wróciłyśmy do domu, będę pamiętać do końca życia. Wszystkie dziewczynki zgromadziły się wokół Zuzki i tak, stojąc około kilku minut, patrzyły na nią z niedowierzaniem.

 

Olunia chyba najbardziej przeżyła jej przyjazd. Mówiła w kółko: „jaka ona malutka”, „ja myślałam, że będzie już miała kiteczki” itd. 

 

Potem długo stały przy jej łóżeczku i głaskały  po główce. Były przy karmieniu, przewijaniu i kąpaniu. Przyjęły ją bardzo ciepło i tak jest do dzisiaj.

 

Na co dzień zwracają się do niej:  Zuzek łobuzek, Zuzinka, Zuzulka itd. Nikolka uwielbia jej śpiewać i kłaść się z nią spać. Chyba bardzo ją kochają. Widzę tą miłość. Jest w każdym okazanym jej geście i słowie.

 

Teraz Zuzka jest już prawie dwuletnią dziewczynką. Obawiam się o nią tak samo mocno, jak przedtem, a może już troszkę  mniej. Kocham ją jednak najbardziej, jak tylko potrafię i codziennie dziękuję Bogu, że ją mam. Ją i pozostałe babki.

 

Przekonałam się, że cuda się zdarzają i to zwykłym ludziom w zwykłym świecie.

 

 Wam wszystkim, kochane Aniołkowe i Adopcyjne  mamy, życzę takich właśnie rozwiązań. Życzę Wam by w Waszym życiu też kiedyś pojawiła się istotka, na którą tak bardzo czekacie, tak jak ja czekałam….

 

Zuzka jest przykładem tego, że wszystko jest możliwe i może się zdarzyć. Trzeba tylko mocno chcieć, czasem uzbroić się w cierpliwość, ale przede wierzyć, że kiedyś się uda.

 

 

 





Jest Pani niesamowita osobą. Ciepło bije z tekstów na odległość. Ciesze się, że jest Pani spełniona. Nie wyobrażam sobie stracić dziecka, wiec nie wyobrażam sobie jaka ogromną siłę musi Pani mieć w sobie.. dr Antczak prowadził również moja ciążę, mam 4 miesięczną córeczkę. Niesamowity lekarz (Data zamieszczenia: 2016-10-13 00:08:17)



Przepięknie aż mi łezki poleciały... U nas było bardzo podobnie zdecydowaliśmy się na dziecko dopiero po 6latach id śmierci Jasia. Kiedy zobaczyłam na teście dwie kreski byłam przeszczesliwa a zarazem przerażona że sytuacja się powtórzy. Lecz tym razem myslalam pozytywnie choć z tyłu głowy krążyły różne myśli. Trafilam do pani Małgosi Warelis i dziękuję za nią Panu Bogu bo tak cierpliwej cieolej osoby ze świecą szukać. , Ciaza mimo że przebiegała dobrze ja ciągle coś wynyslalam, pani doktor spokojnie tlumaczyla ze dzidzia jest całkiem zdrowa. Wkoncu narodziła się Basia i pierwsze moje pytanie ile ma paluszkow czy oddycha ito itd. Kiedy mi ja podali na ręce ja z tyłu głowy znów rozmyslalam ze ona za chwilę tak pewnie odejdzie to zbyt piękne a jednak okazało się prawdziwe. Basienka w maju skończyła 2 latka jest taka kochana często wspomina braciszka odwiedza go na cmentarzu. A wracając do pani doktor... Gdy 6 tygodni później po porodzie zjawilam sie na kontroli powiedziala mi że pierwszy raz spotkała się z pacjentka która nie wierzyła w żadne jej słowo tylko tak wiedzialam swoje a doprowadzilam ciążę do konca (Data zamieszczenia: 2016-09-21 16:22:56)

Facebook