dążenie do macierzyństwa

Dlaczego nie każda przygoda z macierzyństwem kończy się szczęśliwie? (Dodano 2016-09-08 13:55:30)

 

Każdy dzień na wagę złota,  o tym jak nie każda przygoda z macierzyństwem  kończy się szczęśliwie.

 

Każdy z nas, zaczyna swoja przygodę z macierzyństwem wcześniej bądź później. Przeważnie jednak, wchodząc w dorosłe życie, ma już sprecyzowany plan, w którym układa sobie swój rodzinny obraz. Mówimy: chciałabym/ chciałby mieć dwójkę, trójkę albo jedno dziecko. Z różnych powodów, nie o nich jednak chce mówić.

 

W każdym razie idziemy z tym planem przez życie… i nagle się okazuje, ze coś nie zadziałało, ze coś jest nie tak. Mamy przecież już wszystko: pracę, dom, przyjaciół…. No właśnie… nie mamy jednak dziecka, a los zupełnie  nie sprzyja nam  w tej kwestii... kolejne dni niespełnionych marzeń obracają się więc w miesiące, lata….

 

U jednych ta droga będzie naznaczona cierpieniem, niosącym ze sobą całkowita utratę nadziei już na starcie, bo wyniki badań już na początku przekreślają szanse na macierzyństwo.

 

U innych będzie to wieloletnia batalia z przeróżnymi ośrodkami służby zdrowia, z lekarzami, oddziałami a w efekcie śmierć dziecka.

 

 I już na samym początku życia muszą zetknąć się oni z jego końcem, naznaczonym cierpieniem malutkiej osóbki, którą kocha się najbardziej na świecie.

 

Nie ma nic gorszego dla rodzica niż zetkniecie z takim właśnie ogromem cierpienia swojego dziecka i patrzenie na jego śmierć w tym momencie, kiedy jego życie praktycznie  dopiero się zaczyna.

 

Tak było właśnie w naszym przypadku. Do dziś pamiętam nieskręcone łóżeczko w rogu pokoju, kiedy wróciłam do domu bez dziecka. Teraz myślę o tym w ten sposób, że jak silna musiała być w nas wszystkich nadzieja, że mimo prognoz lekarzy, wszyscy wierzyliśmy, ze może jednak się uda.

 

A może ja wierzyłam, a reszta domowników nie chciała mnie wyprowadzać z błędu. Nie wiem. Nie miałam siły do dziś nikogo  o to zapytać.

 

Z pierwszej ciąży wyłania mi się a pamięci jeszcze kilka obrazów.

 

Nawet nie pamiętam w jakich okolicznościach się o niej dowiedziałam, mimo że była to moja pierwsza ciąża. Wydaje mi się, że moja głowa specjalnie zatarła już niektóre obrazy, a przynajmniej te, które kojarzą się z ogromnym bólem i cierpieniem. Są jednak i takie, których mimo upływu czasu nie sposób wymazać i zostaną już we mnie, w mojej pamięci, na zawsze.

 

Do dziś pamiętam  kolejne moje pobyty  w szpitalu, a korzystałam wtedy z wizyt w poradni, i to, że żaden z  tamtejszych lekarzy, którzy przeprowadzali badania, nie potrafił postawić trafnej diagnozy.

 

Dopiero za interwencją jednego z nich, a może tez za namowa mojej mamy, ponieważ jest pracownicą tego szpitala od wielu lat, trafiłam w końcu do Poznania na Polną.

 

Pierwsze badanie, przeprowadzone przez profesora Bremborowicza,  utwierdziło mnie w przekonaniu, ze trafiłam dobrze. Wystarczyło, ze położył rękę na moim brzuchu i trafnie  określił  położenie płodu. Od razu stwierdzono tez całkowity brak wód płodowych i co za tym idzie, agenezje nerek. Dziecko nie miało żadnych szans. Zaczęła się zatem walka o moje życie, czego nie byłam wcześniej zupełnie świadoma. CRP, czyli wskaźnik zakażenia organizmu,   osiągnął już taki poziom, że byłam dosłownie na granicy życia i śmierci.

 

Codziennie miałam wiec pobierana krew, by móc określić jaki jest poziom zakażenia. Z przyczyn formalnych lekarze nie mogli wcześniej zakończyć ciąży, czekano więc aż górna granica crp będzie już tak wysoka, że nie będzie mowy o tym żeby czekać i od razu trafię na stół. Pamiętam, że na moim ciele nie było już miejsca na wkłucia, jak pękały żyły i pielęgniarki zastanawiały się już czy nie zrobić wkłucia w szyi.

 

Pamiętam, że miałam już dość i że przyszedł taki moment, kiedy chciałam by było już  po wszystkim.

 

W trakcie kilkutygodniowego pobytu w szpitalu spotkałam wiele matek, które walczyły o swoje dzieci. Dziś już nawet nie pamiętam jak miały na imię. Pamiętam, że kilka sal dalej leżała dziewczyna, która, podobnie jak ja, miała już postawiona diagnozę śmiertelnej choroby swojego dziecka i podobnie jak ja czekała na cc. Tyle, że była to jej druga ciąża i kolejne  chore dziecko bez szans na zdrowe życie. Strasznie jej wtedy współczułam, choć nie znałam jej w ogóle, nawet nie wiedziałam jak wygląda.

 

Myślałam sobie, że to niemożliwe, że takie cierpienia przecież nie wracają do człowieka. Jakże mylne było moje mniemanie. I już wkrótce zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze.

 

Na końcówce ciąży, dzięki interwencji mojego męża, trafiłam na kilka dni do domu. Dosłownie kilka. Miał to być czas na odreagowanie, pozbieranie myśli i zebranie sił do dalszej walki…ostatniego starcia, które miało być najgorsze, a niosło za sobą nowe życie i śmierć jednocześnie.

 

Pawełek pojawił się w 36 tygodniu ciąży, mierzył 56 cm i ważył 2500 g. Był pięknym dzieckiem. Miał czarne włoski i bardzo ciemne oczy. Teraz Zuzia takie właśnie ma. Widziałam go tylko raz za życia i był to, jak do tej pory, najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek miałam miejsce zobaczyć. Pamiętam, że poczułam wtedy ogromną miłość do tego dziecka i przekonanie, że jest ona dla mnie wszystkim i że nic, ani nikt  nie liczy się dla mnie tak, jak on. Niestety nie mogłam zabrać go na ręce, wtedy w szpitalu, a później, po śmierci, nie miałam na to siły. Do dziś jednak tego żałuję. Żałuję też, że nie mam żadnego jego zdjęcia, choć jego wizerunek  cały czas tkwi w mojej pamięci.

 

Mamy, które czeka taka właśnie batalia, pamiętajcie… przytulajcie do serca, bierzcie na ręce, kiedy tylko to możliwe, twórzcie wspólne zdjęcia….Nie bójcie się.

 

Teraz niejednokrotnie chciałabym przyjrzeć  się takiej fotografii i nie mogę, zostały już tylko zdjęcia z badana usg.  Pamięć w takich przypadkach jest jednak niezawodna i mimo ogromnej straty, tego akurat obrazu, wymazać   nie potrafi.

 

Po dwóch latach okazało się ze jestem w kolejnej ciąży. Ta jednak skończyła się bardzo szybko, praktycznie zanim na dobre w ogóle się zaczęła. W ósmym tygodniu, podczas badania, okazało się, ze płód obumarł i trzeba ciążę usunąć. W mojej głowie, a przede wszystkim w sercu, to jednak  nie był płód tylko dziecko….od samego początku.

 

Często spotykam się z oburzeniem matek, ich złą reakcją na traktowanie ich dziecka w taki właśnie sposób… bezosobowo. Również nie jestem za takim nazewnictwem ponieważ uważam, że jeśli ktoś bardzo czeka na dziecko, bardzo go pragnie…to należy mu się choć trochę empatii, chociażby ze strony lekarza.

 

Zabieg usunięcia ciąży to jednodniowy pobyt w szpitalu. Rano przychodzisz jeszcze z dzieckiem w brzuchu…wieczorem wychodzisz stamtąd już sama. Wszystko dzieje się pod delikatną narkozą, po której nie ma śladu już  po godzinie od zabiegu.

 

I znowu wszystkie marzenia, plany idą w zapomnienie….i nie wiadomo kiedy znowu, i czy w ogóle, się jeszcze kiedykolwiek pojawią.

 

W domu nie możesz znaleźć miejsca, bliscy nie chcą i nie umieją o tym co się stało z tobą rozmawiać. Wszyscy próbują zachowywać się tak jakby nic się nie stało. Nie wiedzą jak bardzo ich wtedy właśnie potrzebujesz. Ale to już temat na inny wpis…

 

Kolejna, trzecia moja ciąża, pojawiła się znowu po dwóch latach. Nie wiem dlaczego, ale byłam święcie przekonana, od samego jej początku, że tym razem się uda, bo przecież do trzech razy sztuka.

 

Jakże mylne było moje rozumowanie i jakie zdziwienie, kiedy podczas kolejnej, chyba trzeciej, kontrolnej wizyty, okazało się, że znowu wód płodowych brak. Co wiązało się oczywiście z dalszymi powikłaniami i w rezultacie agenezją czyli całkowitym brakiem nerek.

 

I znowu zaczęła się kolejna batalia, kolejne wizyty w szpitalu. Długie pobyty bo tym razem, już bardziej świadoma tego, co się stanie, nie wypisywałam się już na własne żądanie do domu.

 

Mimo trzeciej już ciąży, mój organizm nadal dzielnie walczył i nie zamierzał, ku zdziwieniu lekarzy, pozbyć się dziecka samoistnie. Próba wstrzyknięcia wód przez powłokę brzuszną również nie powiodła się, ale nawet wtedy, kiedy po badaniu lekarka podeszła do mnie i suchym, pozbawionym emocji głosem, powiedziała: To się nie uda…Nie wierzyłam jej.

 

Adaś urodził się w 35 tygodniu ciąży i mimo swoich 50 centymetrów, ważył zaledwie 1700 gram. Był zupełnie inny niż Pawełek. Całkowity brak wód płodowych i jego miednicowe położenie, spowodowały deformację twarzy. Była lekko zniekształcona, ale dla mnie najpiękniejsza na świecie.

 

Mimo tego, że był zdecydowanie mniejszy od Pawełka, walczył dłużej i kiedy, mimo złych prognoz lekarzy, w drugiej dobie jego życia, kiedy do sali, w której leżałam wpadła pielęgniarka, nadal miałam nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys.  Kazała mi się szybko zbierać, usiąść na wózek inwalidzki i dosłownie biegiem pchała ten wózek  na noworodkowy Oiom.

 

Tam czekali już inni lekarze z informacją, że dziecko umiera i że zdążę jeszcze wziąć go na ręce i pożegnać się. Tętno nie przekraczało już 40…Życie Adasia, podobnie jak wielu innych pacjentów oddziału, kończyło się.

 

Miałam wtedy na rękach dziecko mniejsze niż laleczka. Żeby mógł oddychać musiałam trzymać mu przy nosku rurkę z tlenem.

 

Pamiętam tez, że kiedy podeszłam do inkubatora, płakał. Kiedy wzięłam go na ręce, już nie. Zaczął ponownie, kiedy odłożyłam go z powrotem. Chyba czuł, że był u mamy. Tak, na pewno to czuł. Nie mogłam już dłużej z nim zostać, wróciłam na salę.

 

Po niespełna dwóch godzinach, inna już lekarka, przyniosła mi tą najgorszą wiadomość…Pani dziecko nie żyje…. Te słowa to cios w samo serce…Słyszałam je już po raz trzeci… Nigdy wcześniej nie czułam się tak źle.

 

Byłam tak zrozpaczona i zrezygnowana, że poprosiłam męża by tym razem to on zajął się pochówkiem. Ja nie chciałam w nim uczestniczyć. Nie zniosłabym tego widoku po raz drugi.

 

Zarówno Pawełek, jak i Adaś, spoczęli w rodzinnym grobie.

 

Mają małą tabliczkę pośrodku grobu dziadków z napisem: „Śpijcie Aniołki”.

 

Do dziś, a minęło już tyle lat, nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Mimo, że na świecie jest Zuza, nasze biologiczne dziecko, to wciąż boli tak samo. I powie to Wam każda Aniołkowa mama i tata.

 

Śmierć dzieci to najgorsze, co mnie w życiu do tej pory spotkało. Długo nie mogłam o tym w ogóle mówić. Każda kolejna wizyta u znajomych, u których rodziło się kolejne dziecko, kosztowała mnie mnóstwo negatywnych wrażeń i łez. Nie dlatego, że im tych dzieci zazdrościłam. Nie, nie, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że je mają, ale pamięć o moich dzieciach, o ich śmierci, była tak silna, że aż momentami nie do zniesienia.

 

Tematy związane z żałobą, strata dziecka, adopcją i rodzicielstwu zastępczym będą więc tematem mojego bloga.

 

Blog ma bardzo osobisty charakter, ale musi moim zdaniem taki mieć, by jego przesłanie trafiło do odbiorców.

 

Mogę o tym wszystkim mówić dopiero teraz, kiedy minęło kilka lat. Przez te lata wiele w moim życiu się wydarzyło. Przyjęliśmy dziewczynki, które kochamy jak własne dzieci. A niespełna dwa lata temu, na świat przyszła Zuza,  o której będzie mowa w kolejnym wpisie. Chcę Wam jednak pokazać, że jakkolwiek jest źle, nie wolno tracić nadziei. Czasem trzeba przejść przez piekło, by w końcu wyszło słońce. I dotyczy to kochani wszystkich dziedzin życia. Pamiętajcie o tym.

 

 

 





Pani Aniu, dziękuję za ten wpis. Na przełomie 20/21 tygodniu ciąży pękł mi pęcherz płodowy i urodziłam śliczną córeczkę. Pożegnałam się z nią i pożegnał się z nią również mój mąż, choć na początku nie chciał do nas podejść. Nie mamy wspólnego zdjęcia. Jednak przed pochówkiem chciałam ubrać, otulić moją córeczkę w rożek. Być tą ostatnią, która będzie ją przytulać i dotykać. Był tam rownież mój mąż i moja siostra. Wtedy poprosiłam męża żeby zrobił mi pamiątkowe zdjęcie naszej córki. To wszystko było dla mnie ważne. Wiem że zrobiłam wszystko co mogłam. Mimo bólu, miałyśmy chwilę tylko dla siebie. Wracam do tych zdjeć, aby obraz mojej córki był ciagle tak mocno wyraźny. I wierzę, że będzie dobrze. A Pani jest tego przykładem. Teraz mimo tego iż możemy mieć z mężem dzieci i będziemy je mieć, złożyliśmy wniosek o adopcję. Pozdrawiam ciepło, miło się na Was patrzy. (Data zamieszczenia: 2016-10-27 17:16:23)



Mamo Aniołka...Po to właśnie stworzyłam ten blog, byśmy mogli tutaj nawzajem się wspierać. Bardzo trudno jest przetrwać przez cały okres żałoby, ale chyba najtrudniej, kiedy dziecko jeszcze żyje w nas, a my mamy przygotować się na najgorsze, na jego śmierć. Ten właśnie okres, moim zdaniem, jest najtrudniejszy dla matki, i dla rodziny również. Matka musi przygotować się na śmierć dziecka jeszcze za jego życia a otoczenie, nie to, że nie chce, ale czasem po prostu nie wie co ma jej powiedzieć, jak się zachować. Chciałabym abyśmy z czasem, razem, stworzyły właśnie taką publikacje, która będzie Aniołkowym rodzicom, tym przyszłym i tym, już po... bardzo pomocna...by przetrwać. Pozdrawiam Panią serdecznie, proszę wierzyć i nie poddawać się...cokolwiek mówią inni.... (Data zamieszczenia: 2016-09-11 09:28:43)



Pani Aniu,pisze Pani jak wazne sa zdjecia...tak sa, my mamy kilka ale bardzo ciezko jest nam do nich wracac:(na naszych twarzach jest tylko jedno,..bol,ogromny zal i smutek... (Data zamieszczenia: 2016-09-08 22:03:15)



Pani Aniu, ten wpis sprawil, ze odzyly wspomnienia.,doskonale rozumiem Pania,..i wiem,ile moze kosztowac taki wpis.,podobnie jak Pani stracilam dziecko i tak samo nie moglam cieszyc sie oczekiwaniem na malenstwo,gdyz losy byly juz zdaniem lekarzy przesadzone...wiem doskonale jak to jest czekac cala ciaze na TEN moment, na to nie da sie przygotowac nawet jesli wiemy wczesniej, po prostu nie da sie...i ten strach,...wiem tez jak to jest trzymac na rekach ta mala istotke i patrzec jak odchodzi...ciesze sie,ze zycie jednak wynagrodzilo Pani ten bol i jest Pani teraz szczesliwa mama. Dalo mi to nadzieje,ze moze jeszcze dobrze. Pozdrawiam serdecznie, mama Aniolka (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:59:40)

Facebook