strata dziecka


Historia Odyseusza... (Dodano 2017-08-24 15:37:59)

Kiedy czytam podobne historie, zawsze dużo mnie to kosztuje. Wracają wspomnienia a wraz z nimi ogromny ból i poczucie niesprawiedliwości. W tej opowieści to poczucie jest jeszcze bardziej głębokie ponieważ dotyczy nie tylko pytania: Dlaczego nas to spotkało?, ale też DLACZEGO KTOŚ DO TEGO DOPUŚCIŁ I DAŁ PRZYZWOLENIE NA SMIERĆ DZIECKA?
Jeśli chodzi o tą historię, jak i zapewne tysiące podobnych, zasadną wydaje się inicjatywa listu, który jako Aniołkowe mamy zamierzamy wystosować do Prezydenta RP. Nie dawajmy przyzwolenia na to by ktokolwiek musiał przechodzić przez podobne piekło i by to i tak już duże Aniołkowe grono, powiększało się przez czyjąś niekompetencję, brak wiedzy lub zwykłą obojetność.
Poznajcie więc historię Odyseusza:
 Moja historia jest nie tylko oblana oceanem łez, ale i owiana cierpieniem wielu ludzi... moja dusza została wydarta ze mnie, a serce rozpadło się w proch... życie zatraciło sens...
Zawsze byłam silną kobietą, gotową przenosić góry, nie było rzeczy niemożliwych dla mnie... Myślałam, że jak mi połamią kości to i tak wstanę i pójdę dalej....
Oj, jak się myliłam... „złamali mnie”... wraz ze śmiercią mojego syna umarłam „ja”... 
I to ludzie do których przyszłam z wiarą, że mi pomogą... oddałam się w ręce lekarzom, którzy przecież niosą pomoc i przysięgali i winni ratować...
Oj, jak się myliłam....
I nieustanne pytanie chyba każdej z nas mam Aniołków: „ DLACZEGO”?
W dniu 21.04.15 podpisałam umowę o udzielenie odpłatnego świadczenia zdrowotnego przez Szpital w Krakowie w zakresie dotyczącym indywidualnej opieki okołoporodowej.
Ciąża przebiegała bez komplikacji. W trakcie 37 tygodni ciąży były wykonywane wszystkie prenatalne badania oraz przy każdej wizycie badanie USG i badania genetyczne. W razie jakiegokolwiek niepokoju Pani dr wysyłała mnie na dodatkowe badania, aby upewnić się ze mój syn rozwija się prawidłowo. 
Pod koniec ciąży czułam się dobrze lecz zaniepokojona całotygodniowym swędzeniem skóry zgłosiłam się do lekarza prywatnie, zostałam zbadana i natychmiast zrobiono mi badania moczu, ALT, GGTP oraz Bilirubina całkowita. Zdiagnozowano u mnie cholestazę wątrobową, stan ten wymaga natychmiastowej interwencji lekarskiej, bowiem jest stanem zatrucia organizmu i zagrożenia dla dziecka, które może ulec niedotlenieniu w takim przypadku może i powinno przyjść na świat w wyniku cesarskiego cięcia. Byłam na przełomie 36/37 tygodnia ciąży. W tym samym dniu 27.04.2015r. zostałam przyjęta do szpitala, gdzie potwierdzono, że cierpię na cholestazę wątrobową.
Poczynając od pierwszego dnia mojego pobytu na oddziale patologii ciąży były wykonywane jedynie badania KTG, które potwierdzały pracę serca dziecka, oraz badania które potwierdzały utrzymujący się wysoki poziom żółci w organizmie. 
Przez cały czas, moje pytanie co z dalszym losem dziecka i dlaczego nie jest wykonywane cesarskie cięcie były zbywane, mimo, że w sposób jasny, uczulona na tym punkcie  wyrażałam obawę, że mój stan może być zagrożeniem dla dziecka i należy je ratować w pierwszej kolejności. 
Każdorazowo inny obecny na dyżurze lekarz, zbywał mnie twierdzeniem, że nie jest uprawniony do podjęcia decyzji o wykonaniu zabiegu. 
Jak można – składając przysięgę, że będzie się ratowało ludzkie życie i zdrowie spać spokojne i potrzeć spokojnie na swoje odbicie w lustrze z przekonaniem, że nie ponosi za nic odpowiedzialności, że lepiej jest ją rozmywać i czekać lub wskazywać palcem na innych, niż czuć się zobowiązanym do rzetelnej pracy zgodnej ze zdobytą wiedzą i wykonywaną funkcją. 
Dopiero po 6 dniach od mojego przyjęcia do szpitala, podane zostały sterydy, które jak zapewniono mnie, miały przyspieszyć rozwój płuc u dziecka. 
Wówczas przyjęłam to jako dobry znak, że ktoś zaczął zajmować się moim dzieckiem i dbać o jego prawidłowy rozwój, teraz z perspektywy czasu, po szoku  i ciężkich przeżyciach, które opiszę dalej - mam wątpliwość i zastanawiam się, na jakiej podstawie i jakim badaniem stwierdzono, że dziecko które było już praktycznie w pełni rozwinięte miało niewłaściwie rozwinięte płuca, wymagające podania sterydów, i co najbardziej istotne, czy podane leki, w konfrontacji ze stanem jaki został u mnie zdiagnozowany było właściwe z medycznego punktu widzenia, uzasadnione i czy nie było to niebezpieczne dla dziecka. 
W dniu 04.05.2015r. wkońcu byłam na porodówce, wykonano u mnie badanie OCT połączone z badaniem USG (jak się już teraz dowiedziałam tego badania się nie wykonuje ze względu na ilość komplikacji i nie jest rekomendowane przez PTG).
Ich wynik był jednoznaczny, wód płodowych było zbyt mało, słabszy był też przepływ krwi w pępowinie. Był to 8 dzień mojego pobytu w szpitalu. Celem zobrazowania jak bardzo pogorszył się stan w jakim znajdowała się dziecko wystarczy zestawić wyniki badań z 27 kwietnia 2015r. z wynikami , które opisuję teraz. Dają one jednoznaczny obraz jak drastycznie pogarszały się warunki w jakich znajdował się mój syn. 
W dniu przyjecia 27.04.2015r., : MCA PI 1,44 UA PI 0,86 AFI 95 mm
w dniu 04.05.2015r.,: MCA PI 1,38 UA PI 0,60 AFI 46 mm
 
Po wszystkich porannych badaniach w dniu 04.05.2015 pytałam położnych oraz panią doktor: “co dalej” i nadal otrzymywałam informacje, ze nie mogą wywołać porodu, jak również muszą czekać na decyzje ordynatora, który był nieobecny w szpitalu.
Od kilku dni zgłaszałam złe samopoczucie puchniecie nóg oraz 04.05.2015 zgłaszałam ze się źle czuje po badaniu OCT - kręcenie w głowie, wymioty i ogólne osłabienie, niestety w tym dniu nie było wieczornej wizytacji co jest niezgodne z dokumentacja szpitalna – w karcie jest napisane ze była u mnie pani dr i ze odmówiłam przyjęcia lekarstw od położnej, co jest nieprawda!!! Zgłosiłam się do szpitala w obawie o zdrowie dziecka jak mogłabym odmówić przyjęcia lekarstw!? Moim celem było niedopuszczenie do obumarcia w pełni rozwiniętego dziecka w łonie i urodzenie zdrowego syna zwłaszcza, ze cala ciąża przebiegała bezproblemowo, wykonywałam mnóstwo badań nawet chodziłam na dodatkowe wizyty aby upewnić się ze wszystko jest wporządku.
W dniu 4 maja 2015r, mój stan zaczął się bardzo pogarszać, źle się czułam miała opuchnięte nogi, kręciło mi się w głowie miałam wymioty. 
Dziś wiem, że były to objawy zatrucia, na które lekarze nie zareagowali w ogóle. 
W dniu 5 maja 2015r,. w czasie porannej wizyty pielęgniarka stwierdziła, że nie słyszy bicia serca mojego dziecka. 
Było to o 6 rano. Do godziny 7 rano nie pojawił się żaden dyżurny lekarz, dopiero o 7 rano przyszła dr., które potwierdziła ten fakt. Pytałam gdzie ona była wczoraj kiedy zgłaszałam, że źle się czuje. Wtedy stwierdziła, że była u mnie wieczorem chociaż było to kłamstwo. Zabrano całą moją dokumentację i kazano mnie i przybyłemu do szpitala mężowi czekać. W tym czasie jak sądzę fałszowane były wpisy w dokumentacji medycznej. 
W dniu 5 maja 2015r, mieliśmy kontakt z zastępcą ordynatora który wreszcie pojawił się w pracy. Na pytania moje i członków mojej rodziny jak można było dopuścić do tego rodzaju zaniedbań usłyszeliśmy beztroską odpowiedź –  „ spóźniliśmy się zaledwie kilka godzin”. 
Domyślając się, że cała aktywność personelu będzie skupiona na fałszowaniu dokumentacji medycznej zażądaliśmy wglądu do niej i usłyszeliśmy od pana dr, że taki wgląd jest możliwy dopiero za dwa tygodnie. 
Dlaczego, na jakiej podstawie odmówiono nam wglądu w dokumentacje która poniekąd jest naszą własności i dotyczy naszych praw!?  Dlaczego lekarze i na jakiej podstawie stawiają się w uprzywilejowanej pozycji, dlaczego dają sobie czas by stworzyć
fikcję dla ratowania swoich posad i miejsc pracy, które powinni opuścić by nie ranić innych i nie szkodzić im...
 Jak można było pozwolić na to by o życiu i zdrowiu pacjentów czy bezbronnego dziecka decydowała tak niekompetentna osoba jak pani dr., dwukrotnie już oskarżona przez Sądem o zaniedbania i narażenie cudzego życia. Jest to oszustwo kobiety, o które dziś wiem, że miała konflikt z prawem i była oskarżona o zagrożenia życia i zdrowia swoich pacjentek, której tylko zwykłym sprytem i celowym przewlekaniem prowadzonych postępowań udało się uniknąć odpowiedzialności karnej i nadal jest osobą niekaraną, chociaż nie powinna mieć kontaktu z pacjentami i nie powinna wykonywać swojego zawodu i jak wiem dzisiaj niestety kolejne „ofiary” dołączyły do naszego grona...
Po około godzinie zaczął się kolejny koszmar. Wtedy lekarze zaczęli pobierać krew i mocz do badań. Podawać środki na uspokojenie i zaczęło się wywoływanie porodu, które trwało od godziny około 8 rano do rozwiązania następnego dnia 06.05.2015 o godzinie 0:55 w nocy. Poród był bolesny bez znieczulenia zewnatrzoponowego w pełni świadomy, ponieważ nie miałam krzepkości krwii, błagałam o środki znieczulające. Co jakiś czas dostawałam również środki uspokajające. Po wyjęciu mojego syna z łona lekarze bez uprzedniego pytania lub pozwolenia z naszej strony robili zdjęcia dziecka jak również pępowiny. Obwiniając pępowinę za przyczynę zgonu. Zupełny brak wyczucia i empatii w sytuacji oraz łamanie praw pacjeta. Poprosiłam o podanie syna, powiedziano mi ze dostane 2 godziny z nim abym się mogła pożegnać jednak po przytuleniu dziecka nic już nie pamiętam... spałam... do przebudzenia w godzinach porannych kiedy się obudziłam w sali z maska tlenową była ze mną mama... Mój syn Odyseusz odszedł...
W każdej książce medycznej, opinii lekarza jak również na portalach jest informacja, że w przypadku cholestazy wątrobowej wywołuje się poród wcześniejszy ponieważ jest to ogromne zagrożenie dla płodu. Fakt mojego stanu zdrowia i wyników badań został zbagatelizowany co doprowadziło do śmierci zdrowego chłopca w łonie chorej matki. Konsekwencją czego jest cierpienie rodziców i skazy na psychice na całe nasze życie, zwłaszcza, że dziecko w 37 tygodniu ciąży jest dzieckiem w pełni wykształconym i jest to ciąża donoszona, a istnieją inkubatory oraz medycyna XXI gdzie dzieci wyjęte z łona matki w 6 miesiącu ciąży przezywają.
Błędy popełnione w szpitalu przez lekarzy kłują w oczy poczynając od błędu diagnostycznego, ociężale i źle prowadzona terapia, błędy wykonawcze oraz błędy organizacyjne są błędami medycznymi, które w tak oczywistej sprawie nie powinny mieć miejsca.... 
Przyszłam z żywym dzieckiem w brzuchu do szpitala, a odbierałam syna z „domu pogrzebowego”.... 
W jakim my świecie żyjemy? Brak ludzkiego odruchu... Brak zainteresowania losem drugiej osoby... już nie wspomnę o profesjonalności bo w tym wypadku nie było jej w ogóle ... 
 
 6 maja obchodziliśmy dwa latka naszego syna Odyseusza, ale zamiast radosnej urodzinowej imprezy w gronie dziadków, wójków i cioć przy torcie, zdmuchiwanych świeczkach, kolorowych opakowaniach wypełnionych zabawkami musieliśmy kupić znicze i zapalić je na grobie ku pamięci Naszego Aniołka....   Po ludzku nie sposób opisać bólu z powodu utraty dziecka, którego się pragnęło, które się pokochało ....Kto nie przeżył straty dziecka nie jest w stanie wyobrazić sobie jak trudno jest ....
 
Jak wyglada życie matki po stracie dziecka?
 
 Zapewnieni o profesjonalnej opiece wykształconego personelu i wspaniałych warunkach odremontowanych sal porodowych, urodzić zdrowego syna. Pełni nadziei na nowy początek , nowe życie , nowe wyzwania ... Poszliśmy przywitać nowego członka rodziny... Cała rodzina czekała, pokoik gotowy, ciuszki wyprane, wyprawka gotowa...I po co... Niestety dla nas po tygodniowym pobycie w szpitalu, leżąc na patologii ciąży usłyszałam "brak bicia serca" ... Niedowierzałam... A może to pomyłka myślałam... Może jednak da się coś jeszcze zrobić... Niestety pomocy nie uzyskałam...
 
Jak wyglada życie po stracie dziecka ... życia nie ma.... Rodzenie dziecka przez 15 godzin ze świadomością że nigdy nie usłyszę jego pierwszego płaczu, gdzie matki obok rodziły płaczące dzieci...Błagałam w myślach cały wszechświat , aby ten koszmar się skończył... Budzenie się w nocy i odczuwanie pustki to jest chyba najgorsze uczucie jakiego doświadczyłam w życiu...
 
Szczęśliwi kiedyś ludzie, aktywni towarzysko zamknięci w czterech ścianach ... Rano tabletki pozwalające przetrwać dzień, a na noc nasenne i najlepiej żeby się nie obudzić.... Terapia u psychologa i psychiatry, problemy w małżeństwie, nieudana próba powrotu do pracy... Wyzwanie to wyjście z łożka i umycie zębów... i można by tak dalej opisywać tylko... Czy to jest życie? Czy też próba egzystencji, przetrwania?Ile to będzie trwać? Tak naprawde żadna teriapia nie pomoże... Wyrwane serce, poszarpana dusza, życie w szczątkach i próba poskładania ... I ciągła nauka „jak żyć po stracie dziecka”....    Nie tylko to jest zastraszające i zapiera mi dech w piersiach i łzy cisną mi sie do oczu za każdym razem kiedy opisuje naszą historie.... Chyba nigdy nie przestane sobie zadawać pytania "dlaczego??? "!  Oprócz zaniechań jakie miały miejsce w tym szpitalu lekarze pogwałcili całkowite prawo do naszego rozpaczliwego, jak rownież intymnego dla mnie momentu wykonując zdjęcia mojego narodzonego martwego syna ... Odyseusz zanim trafił w moje ramiona zdążył otrzymać "szelfie" od personelu szpitala ... dokładnie tak! Lekarz wyciągnął telefon komórkowy i wykonywał zdjęcia...  Szkoda tylko ze nikt nas o zgodę nie pytał i Bóg wie tylko ile osób widziało mojego syna bez wyrażenia zgody z naszej strony, nie wspominając o moich intymnych sferach.... 
 
 Nie zdawałam sobie sprawy, że nie życie, ale osoby które przysięgają na Hipokratesa pomagać, tak strasznie mnie „sponiewierają/zniszczą/wdeptają w ziemię”.... a wystarczyła zwykła ludzka dobra wola, chociaż raczej tutaj powinnam pisać o medycznej profesjonalności ponieważ znajdowałam się w szptalu. Pomijając fakt, że lekarze mieli cały tydzień na podjęcie decyzji, po tygodniowym pobycie w
szpitalu w felerny dla nas poniedziałek zostałam odesłana z „porodówki” pomimo spadku wód płodowych jak również spadku ASP...   Nie wiem na co czekali lekarze...?!Co było ważniejsze od życia mojego dziecka..? Plany weekendowe? Może „majówka”? Wystarczyło 30 minut ich czasu na zrobienie cesarskiego cięcia i wyciągnięcie jeszcze wtedy żyjącego Odyseusza z mojego łona skoro moje ciało nie było gotowe na poród naturalny, a on powoli się dusił we mnie.... Zgłosiłam się do szpitala ponieważ byłam przerażona faktem cholestazy ciężarnych i umieralnością dzieci w łonie matki... Zgłosiłam się aby ratować Go! Aby uzyskać pomoc! ....  Nie wiem ile jeszcze będziemy cierpieć, ile jeszcze łez spłynie po moich policzkach, ile jeszcze rodzin będzie cierpieć z rąk pracujących w tym szpitalu lekarzy bo jak wszyscy wiemy jest nas wielu i ciągle „ofiar” przybywa....
 
W dniu 21.04.2015 roku podpisałam umowę o udzielenie odpłatnego świadczenia zdrowotnego przez Szpital w Krakowie w zakresie dotyczącym indywidualnej opieki okołoporodowej nie wiedziałam, że w tym dniu podpisałam wyrok śmierci dla mojego syna.... 
 
 
 
         Rodzice Odyseusza
 
 



Facebook