strata dziecka


O całe zycie za wcześnie - pamięci Nikolki (Dodano 2017-05-10 15:51:30)

Pisałam Wam niedawno o  książce Sarah Williams pt.: "Zawstydzić silnych" i o przejmujących losach kobiety, która zdecydowała się urodzić córeczkę, choć wiedziała od połowy ciąży, że jest ona  bardzo chora i najprawdopodobniej  umrze zaraz po urodzeniu, albo jeszcze w trakcie ciąży. Sarah miała więc czas, by będąc jeszcze z córeczką, móc się z nią pożegnać, przygotować do tego, co się wydarzy, siebie i swoich najbliższych, oczywiście na tyle, na ile była w stanie ten stan pojąć i w porozumieniu z Bogiem, go sobie jakoś wytłumaczyć.
Tak się złożyło, że niedługo potem, po lekturze tej książki napisała do nie Karolina, mama Nikolki – dziecka, którego  nie ma już z nami.
Nikola zmarła jeszcze w  łonie Karoliny, ale nie z powodu choroby, lecz  przez ludzkie zaniedbanie i brak kompetencji kogoś, kto powinien pomóc, kiedy tej pomocy oczekiwała.  Już niedługo o winie odpowiedzialnych za tą tragedię ludzi, zadecyduje sąd.

 Jej córka odeszła w 37 tygodniu ciąży, będąc piękną, zdrową dziewczynką, przed którą życie  stało otworem. Życie, na którą tak bardzo czekano…
Przeczytajcie więc historię Karoliny i poprzez komentarze, spróbujcie ją wesprzeć. Ona tego teraz bardzo potrzebuje. Jest dopiero na początku drogi…by wszystko poukładać, wytłumaczyć sobie i bliskim i by znów zacząć żyć…

„Zobaczyłam dwie upragnione kreseczki , Boże płakałam ze szczęścia, potwierdzona wizyta jest malutka kropeczka . Z  mężem byliśmy wniebowzięci . Po wizycie za miesiąc pojawiliśmy ,takie maleńkie serduszko pod moim sercem już biło . Boże jak ja się cieszyłam , dbałam o ciążę jak mało kto nawet już przesadzałam ale ja tak martwiłam się o nią , mimo ze była zdrowa jak rybka , byliśmy co trzy tygodnie na kontroli ,ciąża przebiegała książkowo , rozmawialiśmy ze sobą , opowiadałam jej różności , jej kopniaki , mocne, dawały mi tyle radości , nie mogliśmy z mężem się tych maleńkich stupek doczekać , mąż zawsze całował w brzuszek jak wychodził do pracy i jak wracał...nie mogliśmy się doczekać księżniczki naszej , naszej małej pupci,  zaczęliśmy urządzać pokoik ..zaczął się 37 tydzień...i to były nasz ostatni dzień...był 9 styczeń 2016...nie czułam jej ruchów ,tych cudownych kopniaków...strach był wielki ..od razu z mężem pojechaliśmy na oddział...zaspany ,,lekarz,, otworzył nam drzwi  ...błagałam z płaczem aby coś zrobił bo nie czuje jej ruchów...zrobił usg ...serduszko biło... uff  ...mała śpi...ruchy są mniejsze pod koniec ciąży...wysłał do domu i nie mamy panikować...no uwierzyliśmy...nasza pierwsza ciąża...przecież nie jestem mądrzejsza od ,,lekarza ..wróciliśmy do domu , zrobiłam kąpiel i się położyłam ..bawiłam się ale  cisza ..zadzwoniłam do mojego prowadzącego i mówię jak było a on....kto cię wypuścił ze szpitala skoro nie czujesz ruchów , czemu ktg nie zrobił ci.. ja szok.. nie wysuszyłam włosów , od razu do samochodu tym razem na oddział kazał mój prowadzący...jesteśmy na miejscu...pielęgniarce mówię nie czuje ruchów od 3 godzin a ona czemu pani tak późno przyjechała a my mówimy ze byliśmy wcześniej ale wysłał Nas do domu...dzwonią ,,niestety,, ten sam ,,lekarz,, każe bez dokumentacji przyjść na 3 piętro.. jedziemy winda...podpiął mnie pod KTG...po pół godzinie glukoza...położna ciągle poprawiała bo tak mała się rusza.. ja tego nie czułam ..mówiłam...po 2 godzinach i 20 min.. powiedział że przyjmie nas na oddział, kazał mi zejść na parter i zrobić dokumentację, mimo ze maż był...poszliśmy ..trwało to do około 15 min ..ktoś każe mi się przebrać i położyć,  przychodzi i bada tętno (nie wiedziałam wtedy czego szuka , byłam głupia, nie dopuszczałam myśli ze ona już jest Aniołkiem) i cisza... idziemy normalnie na 3 piętro..5 min szukają... potem następne pomieszczenie...szukają ..nikt nic nie mówi...ostatnie pomieszczenie...serduszko nie bije...........(wtedy jeszcze nie wiedziałam ze moje maleńkie serduszko zdrowe by żyło gdyby nie ,,ten lekarz,,)...co wtedy się działo szczerze nie pamiętam ..moja piękna zdrowa córeczka zmarła przez PSEUDO LEKARZA !!!!!  wyszłam ze szpitala ..z pustymi rękoma...weszłam do domu ..pusto, rzucałam wszystkim, darłam się i to tak było już przez następne dni , tygodnie ,miesiące...wracając dnia w którym musiałam się z nią pożegnać ..strasznie się bałam widoku jak leży w trumience...ona śpi. .śpi.. powtarzałam...ona się zaraz obudzi !!..ale ona się nigdy nie obudzi...całowałam ją .. przytulałam.. dałam jej laleczkę , aniołka, kocykiem przykryłam...i musiałam od niej odejść ..boże co to za ból ..ze jej nigdy nie zobaczę ,ze nie usłyszę pierwszego słowa, moje marzenie się nie spełni już nigdy...nigdy...widok męża, który  cierpi jeszcze bardziej mnie dołowało...pogrzeb naszej córeczki... przed pogrzebem poszłam zobaczyć gdzie będzie ,,spała ,,zobaczyłam mała dziurę , szok , a gdzie ja będę leżeć ??? wpadłam w szał ..przecież ja będę chciała być z nią ..szukała mnie cała rodzina ..znalazła.. wzięłam tabletki...czas pogrzebu.. ciągle patrzę i płacze . .jest.. trumienka ..biały duży miś na niej   nasza księżniczka...nasza upragniona wyczekana księżniczka ..nie pamiętam ja to przetrwałam ..tylko tyle , że małego gołąbka wypuściłam ;(...dni mijały a ze mną coraz gorzej...dowiedzieliśmy się...ze gdyby zrobił cc by żyła...uwierzcie ile razy miałam zamiar iść i go zabić , mąż mnie musiał powstrzymywać  i zamykał na klucz i chował...zgłosiliśmy wszystko w prokuraturze i w izbie... okazało się...maleństwo umierało podczas ktg , nie było oznak żadnych ruchów , co położna wmawiała mi ze są, po glukozie się pogorszyło , za pierwszym razem powinnam być podłączona  pod ktg taki ,,lekarz,, ma nakaz !!!!! biegły napisał ze NIC nie zrobił aby uratować nasze maleństwo.... co się dokładnie stało nie wiemy ..tylko ON i POŁOŻNA...ale się dowiemy...czekamy na sprawiedliwość ..wiemy , że naszej córce nikt nie zwróci życia ..ale nie pozwolimy aby inne rodzice cierpieli i także nie pozwolimy na to aby bezkarnie chodził sobie a na dodatek był ON karany ..ale mamy takie prawo ze dostał zawiasy ..minął ponad rok biegły i rzecznik potwierdzili ze ON zawinił i idziemy do sadu ..trzymajcie kciuki aby wygrała sprawiedliwość . Jestem u córci codziennie , dbam o jej domek , rozmawiam z nią , czekam na sen aż przyjdzie do mnie.. Nikolka nie ma rodzeństwa ..a jeśli będzie mieć to każde z nich będzie wiedzieć ze ma starsza siostrę    ... czas nie goi ran , czas przyzwyczaja do bólu...”
Karolino, ze swoje strony, raz jeszcze dziękuję Ci za Twoją historię. Za to, że odważyłaś się zrobić pierwszy krok i swoje wspomnienia, które tak bardzo bolą, przelać na papier.
Podczas naszej ostatniej rozmowy mówiłam Ci jakie to ważne i że zawsze możesz liczyć na rozmowę ze mną, kiedy tylko będziesz jej potrzebować.
Kiedy ja przypomnę sobie moje „początki” …jak bardzo bolało, jak nie potrafiłam się odnaleźć, jak uciekałam od ludzi, widzę w Twoich wspomnieniach siebie sprzed wielu lat. Widzę i nadal czuję tą ogromną pustkę, kiedy wracam do domu bez dziecka a tam czekają.. łóżeczko i wanienka… Teraz dopiero zdaje sobie sprawę jak byłam zdeterminowana i jak bardzo wierzyłam, że się uda, mimo złych prognoz lekarzy.
Czułam się wtedy właśnie tak, jak Ty, kiedy nie wierzyłaś, że jej już nie ma. Wydawało Ci się to tak nierealne …bo przecież jeszcze chwilę temu czułaś jej ciepło i ruchy.
Pamiętam też ten przerażający wrzask, którego nie można nazwać płaczem, kiedy wróciłam do domu i zdałam sobie sprawę, że to koniec, że jestem w nim sama… Aniołkowe mamy…tak właśnie myślą i często przez długi czas obwiniają siebie o całą zaistniałą sytuację, mimo że w żadnym stopniu nie zawiniły.
Maja też problem by odnaleźć się w późniejszej, otaczającej je rzeczywistości.
Pamiętam, że po stracie trzeciego dziecka, jeszcze strasznie obolała, poszłam do pracy w kwiaciarni, gdzie stałam cały dzień na nogach. Teraz myślę, że dobrze zrobiłam, choć wszyscy dookoła mi to odradzali, ale ten krok był przełomem. Czułam, że już więcej nie udźwignę, że jeśli zaraz nie „wyjdę do ludzi” to zwariuję.
Wyszłam, pomogło, po jakimś czasie dostałam kolejna pracę – w szkole – i potem było już tylko lepiej.
Spełniłam się jako matka kiedy przyszły do nas dziewczynki, a że przyszły od razu aż trzy, miałam „pełne ręce roboty” i kompletny brak czasu, żeby rozmyślać o tym co się stało, a nawet wspominać. Dziś wiem, że one mnie uratowały.
Kochana, oprócz córeczki, którą Bóg dał Ci w ziemskim życiu tylko na chwilę, masz jeszcze wspaniałego męża, ojca Nikolki, który cały czas jest przy Tobie, który Cię wspiera i który, podobnie jak Ty, cierpi. Od tego momentu, kiedy na świecie pojawiła się Nikola, jesteście w tym cierpieniu razem. Pamiętaj o tym oraz o tym, że takich Aniołkowych rodziców jak Wy, jest całe mnóstwo. Macie ich na wyciągnięcie ręki, chociażby przez ten blog, różnorakie fb grupy i terapeutów.
W każdym temacie związanym ze stratą, możecie na nas liczyć a poprzez swoje doświadczenia dać świadectwo innym.
Tym, którzy dopiero dowiadują się o chorobie swoich dzieci, tym, którzy żegnają swoje maleństwa, ale także i tym, którzy mają je zupełnie zdrowe.
Również  po to powstał ten blog…by ludzie, których ten temat nigdy nie dotknął, zrozumieli jak wielką wartość ma życie i jak łatwo je stracić. Po to też by wiedzieli w jaki sposób rozmawiać z ludźmi, których taka tragedia dotknęła i by nie izolowali się od cierpiących.
Karolino…Nikolka miałaby wspaniałych rodziców. Dali byście jej zapewne wszystko czego by zapragnęła, o czym zamarzyła. Byliście z nią blisko przez całe miesiące ciąży, jak i po jej urodzeniu. Niestety musieliście patrzeć też na jej śmierć. Ten obraz na zawsze zostanie w waszej pamięci. Pielęgnujcie te wspomnienia bo choć są bardzo krótkie i bolesne, są  owocem wielkiej miłości i świadectwem tego jak bardzo można kochać.
Nikolko…śpij spokojnie Aniołku …

 

 





Łzy same płyną po policzku czytając historię pani Karoliny jakbym widziała przed oczami akcje kiedy ratowano mojego syna na ktg u położonej słychać małego tętno słychać za chwilę nachodzi moje małego już nie słychać położna nie daje rady zrobić zapisu ktg kieruje mnie do szpitala na ktg przyjeżdżam czekam na izbie przyjęć wchodzę na dole do pielęgniarki słucha tetna przez chwilę kę słyszę potem szuka i nie może znaleźć kieruje na oddział tam kładę się na łóżko podlaczaja ktg nic nie słyszę momentalnie biegnie pielęgniarka za nią lekarz przez korytarz nie patrząc na nic jadą że mną na cc w tym momencie myślę tylko o tym aby uratowali moje dziecko jestem na stole znieczulenie ogólne a ja i tak słyszę i czuję delikatny ból podczas operacji i słyszę płacz synka budzę się już na sali widzę męża pytam co z małym mówi podają mu tlen ale wszystko z nim dobrze kamień z serca przynoszą mi kruszynke 2960 i 53 cm malutka glowka pełna ciemnych włosków kładą mi go na piersi jestem szczesliwa (Data zamieszczenia: 2017-05-13 23:58:16)



Współczuję wam. A tego pseudo lekarza powinni tez tak potraktować. Zwykły śmieć. (Data zamieszczenia: 2017-05-11 20:59:03)



(Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:47:17)



<3 :( (Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:34:31)

Facebook