strata dziecka


Pamięci Mateusza i jego dziadka Bronisława ... (Dodano 2018-05-07 19:57:56)

„Miał być las, jezioro i przygoda, a jest trudna do wyobrażenia tragedia. W sobotę na polu biwakowym nad Jeziorem Przemęckim (woj. wielkopolskie) wczasowicze odkryli zwłoki Bronisława M. (+71 l.) i jego 10-letniego wnuczka Mateusza. Spali w przyczepie kempingowej. Prawdopodobnie zabił ich ulatniający się gaz.”
Takie informacje swego czasu podawały media.  Jak było naprawdę? Co  czuli najbliżsi? Jak dzisiaj wspominają tych, którzy odeszli?
Żałuję, że nie mogłam go  dotknąć, pogłaskać – mówi dziś zrozpaczona mama.
Udało mi się porozmawiać z Eweliną, która w tej tragedii  straciła dwie ważne w swoim życiu osoby – syna i ojca. Była wtedy w zaawansowanej ciąży. Jej córka Oliwka przyszła na świat dokładnie dzień po imieninach Mateusza. „To  tak jakbym dostała ją od niego w prezencie” – mówi łamiącym się głosem.  I choć Ewelina zgodziła się bez problemu na rozmowę, i dla mnie i dla niej, była ona niezmiernie trudna. Wiele razy  łamał nam się głos, miałyśmy łzy w oczach i obie czułyśmy kompletną bezradność.
Ewelina – moja kolejna Aniołkowa bohaterka
Ewelina – kolejna bohaterka moich „Aniołkowych opowieści”  – to kobieta taka jak ja czy Ty – moja czytelniczko.
Na co dzień matka,  zmagająca się z codziennością. Pewnie gdybyś mijała ją kiedyś na ulicy, nawet przez myśl by Ci nie przyszło, jaki dodatkowo dźwiga ciężar.
No bo skąd miałabyś o tym wiedzieć, przecież jej nie znasz.
Poznasz dzięki temu wpisowi, bo Ewelina to kobieta, która podobnie jak ja, uważa, że o takich problemach jak o stracie dziecka, niekończącej się żałobie po nim, reakcjach  otoczenia na ten stan i wielu innych, temu podobnych sprawach,  należy mówić.
Otwarcie i głośno, nie szeptem!
By Wam o niej napisać, musiałam udać się do Leszna – mojego rodzinnego miasta.  Przyznam, że jechałam z „duszą na ramieniu”, bo nie wiedziałam w jakim psychicznym stanie ją  zastanę. To przecież świeża sprawa, pewnie nie zdążyła jeszcze ochłonąć – pomyślałam. O ile w ogóle można po czymś takim.
Ewelina czekała już na mnie w umówionym miejscu. Byłam ciekawa czy z tej uśmiechniętej, rozbrykanej dziewczynki – jaką pamiętam – coś  jeszcze w niej zostało. Nie widziałyśmy się chyba ze 20 lat…
Zawsze, kiedy wracam do tych wspomnień – do beztroskiego dzieciństwa – jawi mi się ona  jako dusza towarzystwa, jako dziecko, któremu niczego nie brakuje. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.
Tymczasem przywitała mnie trzydziestokilkuletnia, spokojna kobieta. Nieco zdystansowana, ale też smutna i chyba trochę niepewna tego, jak będzie przebiegać nasza rozmowa.
Spokój Eweliny był  jednak tylko pozorny, bo w środku jest jeszcze w niej mnóstwo żalu, rozpaczy i okropny ból.  Ból, który doskonale rozumiem …
 Ja –  trzykrotna Aniołkowa matka i ona – również Aniołkowa, ale na tą Aniołkową żałobę nałożyła się jeszcze jedna – po ojcu, do którego była bardzo przywiązana.
 „Jechałam  tam do nich z rosołem. Tata dzień wcześniej  mówił mi, że ma na niego ochotę” –  tłumaczy Ewelina.
„W tym pędzie, w całym tym zabieganiu, nawet nie zwróciłam uwagi na to, że tata nie zadzwonił i nie zapytał o której będziemy, czy już jedziemy. A robił to bardzo często – mówi. Właściwie to ja chciałam do niego zadzwonić, kiedy skończyłam już gotować ten rosół, ale była już 1 w nocy i stwierdziłam, że pora już nieodpowiednia.
A może mój telefon by ich wtedy jeszcze obudził, może teraz oboje by żyli? – dodaje.
Często, my Aniołkowe (i właściwie, nie tylko my),   kiedy tracimy  bliską naszemu  sercu osobę, mamy  tendencje do gdybania. Rozpatrujemy  przeróżne scenariusze, a czasami nawet piszemy je na nowo, bo uparcie chcemy wierzyć, że mogło być inaczej.
W rezultacie dzięki takiemu podejściu, mamy często pretensje do siebie…gdybym posłuchała tego czy tamtego, gdybym chodziła do kilku lekarzy, gdybym tego dnia nie wychodziła z domu… tak gdybać możemy przecież w nieskończoność.
Ważne jest byśmy w tym momencie nie zatraciły rzeczywistości, by te prawdopodobne historie nie zatraciły nam tego, co naprawdę się stało. Byśmy nie doszły do takiego stanu, w którym obarczać winą za zaistniałą sytuację będziemy nie tylko tych, którzy są za nią odpowiedzialni, ale i tych, którzy w żaden sposób się do niej nie przyczynili.
Ewelinie się to udało. Relacjonuje więc co tak naprawdę tego dnia się wydarzyło.
„Kiedy dotarliśmy na miejsce, zauważyliśmy policjanta na motorze – oznajmił nam, że dalej iść nam nie wolno. Byliśmy zaskoczeni, ale i pełni obaw, co tam się stało. Tym bardziej, że wcześniej odebraliśmy telefon od zaniepokojonej mamy, która twierdziła, że policja jest u niej i pyta o chłopaków.
Oznajmiono nam, że czekamy na prokuratora, że policja za moment nam wszystko wyjaśni…
Prokurator – pomyślałam…Dlaczego? Po co?” – mówi dalej Ewelina.
„W tym samym czasie jechała już do mnie, wezwana wcześniej karetka. Chyba na nią czekali…
Zabrali mnie do Wolsztyna do szpitala, nadal nic nie rozumiałam. Na miejscu miał mi o wszystkim powiedzieć lekarz, a przy okazji sprawdzić czy z ciążą wszystko w porządku. Jednak kiedy zamykały się drzwi karetki, usłyszałam przerażający  krzyk mojego męża…wtedy już wiedziałam, że stała się tragedia…zawołałam tylko…Piotr, co z Matim? Piotr, co z tatą? 
Piotr przybiegł jeszcze do karetki, złapał mnie za rękę, powiedział: „Nie denerwuj się, przyjadę po ciebie za chwilę”…On w tym amoku, razem z dziećmi i z psem przejechał jeszcze 50 km. Dopiero kiedy dzieci były już bezpieczne, puściły mu nerwy i dziś nawet nie pamięta, że i do niego musiała tego dnia być wezwana karetka.
Ewelina cały czas czule mówi o Piotrze, wspomina czasy, kiedy bardzo dbał o nią w czasie ciąży, szykował lekarstwa, przygotowywał posiłki. Właściwie zawsze mogła na niego liczyć.
Byłam z Matim  nim 2,5 roku sama, kiedy poznałam Piotra. Od samego początku zawiązała się miedzy nimi ogromna więź. Mateusz najpierw mówił do niego Piotl, potem tata Piotl a na końcu już tylko tata.” 
Z opowieści Eweliny wynika, że Piotr był dla Mateusza tatą przez wielkie T. Nie miało dla niego znaczenia to, że chłopiec nie był jego biologicznym synem. Mateusz dorastał więc w ogromnym poczuciu bezpieczeństwa, obdarzony  miłością i czułością rodzicielską.
„Uwielbialiśmy nasze wspólne biwakowe wyprawy” – dodaje Ewelina. „Wcześniej, kiedy byliśmy sami, nigdzie raczej nie jeździliśmy. To Piotr był inicjatorem tych wszystkich rodzinnych wycieczek.”
Tego dnia Mateusz był umówiony z koleżanką, która biwakowała na polu obok. Mieli wspólnie łowić ryby. Ona wytrwale, od 8 rano, podbiegała  do przyczepy, w której spał Mateusz z dziadkiem, ale nikt nie otwierał…Wtedy jeszcze nie było wiadomo, że oni usnęli już tam na zawsze…
Dopiero kiedy znaleziono zapasowy klucz i kiedy otworzono przyczepę, okazało się, że Mateusza i jego dziadka zatruł gaz, wydobywający się z nieszczelnej lodówki turystycznej.
„Tata – w obawie, by Matiemu nie było w nocy zimno, zakleił wcześniej wszystkie otwory wentylacyjne – dodaje Ewelina. W dzień było wtedy strasznie ciepło, a nocą temperatura spadała nawet do 5 stopni” – relacjonuje dalej Ewelina.
„Wiele osób wtedy oceniło tatę. Nawet w dniu pogrzebu ludzie nie potrafili powstrzymać się od zgryźliwych komentarzy. Ciekawskich bardziej interesowało co w takiej sytuacji zrobimy z domem taty, niż to, jak się czujemy. Obwiniali go też o to, co się stało.
Macie, co chcieliście – mówili – dodaje jeszcze, ale już wtedy łamie jej się głos.
Po trzech miesiącach od tragedii „życzliwi” radzili nam nawet byśmy się przestali smucić, a zaczęli radować – dodaje.
Słucham tej opowieści z ciarkami na plecach i próbuję uzmysłowić sobie ogrom tragedii, jaka ją spotkała, ale emocje sięgają już zenitu i co chwila świadomie kieruję rozmowę na inny tor.
Rozmawiamy więc o tym, co i mnie spotkało. Dużo mówimy o dzieciach i o tym jak wspaniałe może być nie biologiczne rodzicielstwo. Jak bardzo można pokochać dziecko, kiedy różnymi kolejami losu, pojawi się na naszej drodze. Jak wiele można z siebie dać i jak bardzo emocjonalnie  przeżywać jego sukcesy i porażki.
„Cieszę  się że Mati zdążył być u komunii,  bo tak  bardzo to  przeżywał „– mówi nagle Ewelina.
Zostało jej z tego dnia sporo zdjęć, na których to wszystko widać jak na dłoni – jego skupienie, powagę. „Był z tego powodu bardzo dumny” – dodaje mama chłopca .
Mam okazję zobaczyć te zdjęcia.
Na pogrzebie Matiego pożegnała  nie tylko rodzina, ale też cała klasa. Ksiądz wygłosił na jego temat piękne kazanie. „Miał swoje pięć minut – o które tak zawsze zabiegał”– dodaje półżartem Ewelina. „Szkoda tylko, że w takich okolicznościach”.
Obie wiemy już teraz, że żałoba po dziecku, to nie tylko pamięć o nim, ale tez żal do bliskich którzy według nas nie przeżywają jej  tak jak my  byśmy chcieli.
W Ewelinie jest jeszcze dużo żalu i pretensji. Do policji, do wścibskich i ciekawskich ludzi, a nawet do niektórych bliskich. „Niektórzy zachowują się tak, jakby się bali z nami o tej tragedii rozmawiać” – mówi z wielkim smutkiem  w głosie.
„Wiesz, żebym w tym czasie nie była w ciąży – to nie wiem co by się ze mną stało” - dodaje ze łzami w oczach.
Wtedy i w moich oczach pojawiają się łzy, bo dokładnie wiem, co ma na myśli.
Chciałabyś iść do niego – pytam, dobrze wiedząc co mi odpowie.
„On tam ma lepiej” – odpowiada i gdyby nie ciąża to nie wiem, czy nie poszłabym do niego. Najbardziej boli pustka, która po nim została i to, że nie pozwolono mi go nawet dotknąć, pogłaskać…bo kobiecie w ciąży nie wolno, nie powinna…
Ja czułam, że całą ciążę on mnie jednak pilnuje…jeszcze nie przyszedł do mnie, był za to u mnie tata, ale kilka dni po śmierci Matiego dosłownie czułam jego oddech…

Spotkane z Eweliną uzmysławia mi jedną, bardzo ważną rzecz.
Ludzie boją się, z nami Aniołkowymi, rozmawiać. Boją się naszej reakcji, tego, że nie będziemy umiały o tym mówić, że wpadniemy w panikę.
Boją się swojej reakcji na nasz płacz, jeśli w rozmowie się pojawi i tego, że sami nie będą mogli powstrzymać łez.
Kochani, to nie działa w ten sposób. Aniołkowi rodzice to nie grupa, która szuka wsparcia tylko i wyłącznie wśród „swoich”. To ludzie, którzy pragną zrozumienia, otuchy, a przede wszystkim rozmowy. Nie o sobie…ale o dzieciach, które odeszły. To, że nie ma ich wśród nas, nie oznacza, że nie ma ich w naszej pamięci, w naszych sercach.
Będą tam zawsze, a Wy pozwólcie nam na rozmowę o nich, no i sami pytajcie: Jacy byli? Czego nam, w związku z ich śmiercią, najbardziej brakuje? Jak chcemy pielęgnować pamięć o nich? Itd… My się tych pytań nie boimy, podobnie jak nie boimy się rozmawiać o nich…
Tobie Ewelino, dziękuję za długą rozmowę. Za to, że odważyłaś się mówić, za to,  że się tego nie boisz i za szczerość…

Pamięci Mateusza i jego dziadka Bronisława…
Śpijcie w spokoju …





Łza się w oku kręci. Człowiek zastanawia się w takiej chwili jak kruche jest życie ludzkie. Zastanawia się czemu Bóg dopuszcza do takiej sytuacji... Czemu odbiera nam tych, których kochamy? Na te pytania nie ma odpowiedzi. Wierzę jednak, że wszystko się dzieje po coś. Bóg daje i zabiera życie. Tylko to jest często w naszym czlowieczym zrozumieniu za trudne, tego ludzki umysł zrozumieć nie może. Wiem jednak, że naszym bliskim zmarłym jest lepiej tam gdzie są. Bo gdzie byłoby im lepiej niż w domu ojca? Choć jest nam ciężko bez nich, trzeba się cieszyć, że przebywają w cudownym miejscu i modlą i oręduja z góry za nami, pomagają nam tu na ziemi. (Data zamieszczenia: 2018-05-07 21:23:56)



Smutne :( bardzo mi przykro.Wiem co czujecie obie..niestety :( sciskam mocno. Karolina (Data zamieszczenia: 2018-05-07 20:38:29)

Facebook