wychowanie w rodzinie/wielodzietność

Dzień mamy ... (Dodano 2017-05-26 16:02:29)

 

„Ludzie, których kochaliśmy, już nigdy nie będą tam, gdzie byli, ale są wszędzie tam, gdzie my jesteśmy” (Aleksander Dumas)

 

 

 

„Mamo, mamo….” słyszę dźwięczny głos moich pociech, kiedy zwracają się do mnie z każdym, mniejszym bądź większym problemem.  Kiedy słyszę go po raz setny w ciągu dnia, zaczynam się irytować, szczególnie wtedy, kiedy naprawdę małe problemy zaczynają urastać do rangi lotu w kosmos.

 

Ta irytacja trwa jednak tylko małą chwilkę, bo razem z nią zaczyna  pojawiać się świadomość, że niewiele brakowało a mogłabym tych słów nigdy nie usłyszeć.

 

A jeszcze niedawno tak bardzo za nimi czekałam…..

 

Kiedy dziewczynki trafiły do nas, mówiły: ciociu, wujku. Najstarsza mówi tak do dzisiaj, ale młodsze dość szybko zawołały:  mamo.

 

Pamiętam jak najstarsza, w ramach solidarności z mamą biologiczną, zaczęła je na początku poprawiać i zwracać im uwagę, że  nie jestem mamą, lecz ciocią.

 

Niespełna czteroletnia wtedy  Nikolka, wypowiedziała  słowa, których do końca życia nie zapomnę: „Moja mama jest tutaj, a gdzie jest tamta?”

 

Najstarszej nie ma się co dziwić, była z mamą biologiczną 8 lat, wiążą  ją z nią nie tylko te złe wspomnienia, ale też i te dobre. Pewnie woli właśnie o nich pamiętać, a tamte po prostu zamazać…nie wiem. Szanuję to, ale nie ukrywam, że czasem wynika z tej sytuacji dość duże zamieszanie i mętlik w głowie, która nie jest jeszcze w stanie wielu rzeczy zrozumieć i pojąć. O ile będzie zdolna kiedykolwiek.

 

Widzę jednak jak dziś jej smutno i na spokojnie, wieczorem, kiedy będzie już chwila wolnego, wspólnie wykonamy telefon do biologicznej mamy.

 

Czuję, że tak właśnie powinnam zrobić, bo mimo tego, że cała sytuacja jest dość skomplikowana, podstawową rzeczą, jakiej muszę się trzymać – to pozwolić temu dziecku mieć prawo do swoich korzeni. Jej i innym moim dzieciom, z tą różnicą, że młodsze tego nie potrzebują, z prostego względu – po prostu jej nie pamiętają.

 

Podsumowując jednak ten wątek - Jestem dla niej po prostu mamą-ciocią i albo ciocią-mamą, jak kto woli i nie czuję się z tym źle. Ale to już temat na oddzielny wpis.

 

Dlaczego Wam o tym mówię? Otóż, w ten piękny i zarazem radosny dzień, pragnę zwrócić uwagę nie tylko na te mamy, które są na co dzień ze swoimi dziećmi, dla których całkiem normalnym jest fakt, że właśnie dzisiaj ktoś je odwiedzi, obdaruje prezentem i po prostu najnormalniej  w świecie podziękuje za wszystko.

 

Są jeszcze i takie mamy, które, z różnych przyczyn nie zajmują się swoimi dziećmi, ponieważ oddały je pod opiekę innych rodzin, ale są i takie, dla których ten dzień kojarzy się z ogromną tęsknotą, smutkiem i bezpowrotną pustką.

 

 Mowa tutaj oczywiście o mamach Aniołkowych, tych które oddałyby wszystko by właśnie w ten dzień, chociaż na chwilę móc zabrać swoje pociechy w ramiona.

 

Zanim sama zostałam mamą, najpierw zastępczą, później biologiczną, wcześniej byłam właśnie tą Aniołkową . Znam więc to uczucie kiedy mija czas, nadzieja się „kurczy” a to właśnie święto kojarzy się tylko i wyłącznie z ogromnym smutkiem i cierpieniem.

 

Ja osobiście, nie tylko dzień mamy, kojarzyłam z cierpieniem.  Pawełek zmarł w moje imieniny a Adaś w Walentynki, więc i te święta na jakiś czas przestały się dla mnie zupełnie liczyć. Zaczęłam się nawet zastanawiać,  co mnie jeszcze złego w życiu spotka, co niedobrego się przytrafi i jaka kolejna ważna data będzie tą złą?

 

Podkreślam, na jakiś czas. Po upływie kilku lat, zrozumiałam, że muszę moje myślenie przeorganizować. Nauczyć się żyć z tą traumą, w taki sposób, by moje życie mogło znowu mieć sens. Cały czas miałam w pamięci chłopców i to, co się z nimi stało. Czułam też ogromną pustkę, ale nie mogłam dłużej w takiej samotni funkcjonować. To był świat całkowicie wykreowany we mnie, stworzony z moich niezrealizowanych pragnień i często tylko mój. Nie dopuszczałam więc do niego nikogo, kto chciał bardziej się do niego zbliżyć. Świat ten tworzyły moje wspomnienia, ale też i pragnienia, które tak naprawdę nigdy już nie będą mogły być zrealizowane.

 

Chłopców nie ma i nigdy nie wrócą. Są w mojej pamięci, w moim sercu. Są przede wszystkim w mojej głowie. Codziennie o nich myślę, choć minęło już ponad  14 lat. To taka cząstka mnie, która nigdy nie umarła pomimo tego, że ich już nie ma.

 

Nie wiem co by się ze mną stało, gdyby na mojej drodze nie stanęły ONE – dziewczynki, które wyrwały mnie z tego snu, wspomnień, którymi żyłam i z okropnej matczynej samotności.

 

Piszę o tym głównie dla matek, które wciąż są samotne, wciąż czekają i żyją lub nie nadzieją na to, że może wkrótce ktoś i do nich zawoła mamo.

 

Piszę ten post też do Aniołkowego otoczenia, które w pewien sposób dyskwalifikuje takie kobiety, nie pozwala im w pełni matkami się nazwać.

 

Piszę też dla tych, którzy cały czas czekając, tracą już nadzieję.

 

Nie bójcie się zaryzykować  i przyjąć do swojego serca kogoś, kto tego w tym momencie potrzebuje. Możecie być matką na każdym etapie   swojego życia, nawet jeśli nie będzie to rodzicielstwo biologiczne.

 

Zapewniam Was…słowo mama w ustach każdego dziecka brzmi tak samo…tylko my decydujemy kiedy i w jakich okolicznościach chcemy je usłyszeć.

 

Kochane mamy

 

Te Aniołkowe, zastępcze, adopcyjne, biologiczne, jak też  i te, które z różnych przyczyn nie opiekujecie się dziećmi, które urodziłyście. Każda z Was napisała bądź napisze historię, której cząstką będą Wasze dzieci…jedne dane na chwilę, inne powierzone pod opiekę, a jeszcze inne zostaną z Wami do późnej starości. Jakakolwiek to będzie historia, Wy odegracie w niej bardzo ważną rolę, bo to Wy zdecydujecie jaki będzie miała ona wpływ na Wasze dalsze życie. Czy będzie to życie pełne żalu i niezapełnionej pustki, wiecznych wyrzutów, cierpienia  i płaczu, czy takie, któremu dacie szansę na inne, lepsze jutro. Wiem, że to „jutro” już nigdy nie będzie takie jakie sobie wymarzyłyście, bo będzie ciążył na nim ciężar bezlitosnych wspomnień.

 

Pomyślcie jednak w ten sposób…nawet jeśli zostałyście matkami na chwilę, nawet jeśli nie miałyście możliwości trzymać w ramionach swoich maleństw, dostałyście coś, co było ogromnym szczęściem i darem na całe Wasze przyszłe życie.

 

Jakkolwiek zdecydujecie, pamiętajcie o tym, że nigdy nikt i nikt nie powinien podważać Waszej roli i tym samym decyzji.  I obojętnie czy byłyście matkami na chwilę czy na dłużej, zostaniecie już nimi na zawsze, nawet jeśli zadecydujecie - Wy lub  los, o tym, że już nigdy nie spróbujecie rodzicielstwu sprostać.

 

Jeśli chodzi o mnie, to  mama moich dzieci,  będzie zawsze matką, która je urodziła. Nie dyskwalifikuję jej z tego powodu.  Nie dyskwalifikuję też matek po poronieniu, tych które urodziły dzieci tylko na chwilę a los nie dał im szansy na późniejsze rodzicielstwo, jak i tych które, podobnie jak ja są mamami w zastępstwie.

 

Tak naprawdę to czy dzień mamy będziemy obchodzić na co dzień czy od święta zależy od nas samych i to my kreujemy rzeczywistość. Życzę Wam byśmy wszystkie robiły to w taki sposób, by mimo ciężaru wspomnień, czasem też przeciwności losu, znalazła każda z nas  siłę by sprostać temu trudnemu zadaniu.

 

Pozdrawiam Was serdecznie … życzę Wam pięknego dnia, mimo wszystko…

 

PS. Z tego miejsca  dziękuję za wszystko mojej mamie…za poświęcony czas, uśmiech i opiekę. Dziękuję, że byłaś przy mnie przez te wszystkie lata, cieszyłaś się ze mną z chwil radosnych i płakałaś, kiedy było mi bardzo źle.

 

To, jaką matką jestem teraz dla swoich dzieci – w dużej mierze – zawdzięczam Tobie mamo.

 

Bardzo Cię kocham…

 

 

 

 

 



Facebook