adopcja/rodzicielstwo zastępcze

Adopcja w oczach dziecka i przysposabiającego rodzica....historie prawdziwe.... (Dodano 2016-12-07 15:36:59)

Mam dzisiaj dla Was tekst, nie mój, chłopaka, którego poznałam na adopcyjnej grupie, a który sam w przeszłości, będąc małym chłopcem, został adoptowany.  
Tekst mówi o tym jak drastyczne mogą być reakcje rówieśników, tych którzy dowiadują się o tym, że jest dzieckiem adoptowanym i tych, którzy sami pochodzą ze środowiska, do którego chłopak przed adopcją należał.
Mówi o tym jak drastyczne mogą być konsekwencje zachowań takich młodych ludzi itd...zajrzyjcie na blog, przeczytajcie...
Świadomie zestawiam jego tekst z moim, który napisałam wcześniej a również tyczył się tego tematu.
Zestawiam te teksty dlatego, że każdy z nich jest napisany z innej perspektywy, jego - jako adoptowanego chłopca i mój - rodzica przysposobionego dziecka.

 

Mówią, że człowiek najlepiej przyswaja na podstawie przykładów. Znalazłem porządkując komputer jeden z moich tekstów dot. mojego życia w duchu adopcji. Myślę, że może on przekazać Wam, jak ważna jest rozmowa ze społeczeństwem o przysposobieniu.
Był taki czas w moim życiu, kiedy zupełnie nie radziłem sobie ze świadomością adopcji. Wychowywany w duchu staroświeckich wartości, przekonany, że rodzina jest dobrem najważniejszym, a szacunek do starszych, mądrzejszych i bardziej doświadczonych życiowo jest moim obowiązkiem, starałem się robić wszystko, by pokazać rodzicom, że mimo niechlubnego pochodzenia, mogą być ze mnie dumni. W duchu wpojonych mi zasad, przekroczyłem próg gimnazjum. Byłem z siebie niezwykle dumny, ponieważ dostałem się do najlepszej klasy. Zawsze mówiło się, że „A” to ta najbardziej odpowiednia, ta do której chcą dostać się wszyscy uczniowie z ambicjami. Moją wychowawczynią była chemiczka. Uwielbiałem chemię. Dużo czasu poświęciłem także biologii. Marzyłem w końcu o tym, by w przyszłości przekroczyć progi uniwersytetu medycznego bądź weterynaryjnego. Myślałem sobie, że spełnię się zawodowo i jednocześnie sprawię, że moi rodzice pękną z dumy! Poowijane w owijacze zeszyty, naostrzone ołówki, kilka długopisów i książki. Tak przygotowany co rano szedłem do mojej nowej szkoły. W tamtym okresie byłem dzieckiem grzecznym i niewyróżniającym się. Brałem udziały w konkursach, przedstawieniach, kółkach zainteresowań, ale nic nie sprawiło mi zbytniego rozgłosu. Cieszyłem się z tego, bo wolałem być w cieniu. Naprzeciwko gimnazjum, do którego uczęszczałem, mieszkała moja babcia. Najczęściej po szkole chodziłem właśnie do niej. Jedyna babcia, którą dane mi było poznać, odkąd pamiętam poświęcała mi wiele uwagi. Nie sądziłem wówczas, że owa szkoła nadszarpnie moją psychikę…
Gimnazjum, do którego chodziłem było rejonem dla dzieciaków z Domu Dziecka, znajdującego się około pięciuset metrów od szkoły. Nie wiedziałem o tym nawet. Jako dziecko nie interesowałem się losem tych dzieci. Zdawałem sobie sprawę, mimo że mama nie poinformowała o fakcie adopcji wychowawczyni, tak jak zrobiła to w podstawówce, że do klasy ze mną chodzi dziewczyna, która o wszystkim wie. Nasze mamy przyjaźniły się, my także. Swego czasu często się odwiedzaliśmy, zapraszaliśmy i bawiliśmy. Kamila, bo tak miała na imię owa dziewczyna, jakimś cudem dowiedziała się o przysposobieniu. Sądziłem wówczas, że to przecież nic złego. Uważałem ją za godną zaufania, mimo że mieliśmy po 12 lat. Nie spodziewałem się, że ona może ten fakt wykorzystać tylko po to, by zyskać przychylność innych dzieciaków w klasie…
Chodziłem do klasy z trójką chłopaków z jednej z podmiejskich dzielnic. Niby nic. Młodzież jak młodzież. Papierosy, czasami alkohol. W krótkim czasie doszły narkotyki. Ponieważ chciałem mieć z nimi dobre stosunki, a jednocześnie nie zamierzałem stosować używek, próbowałem „wkupić „ się inaczej. Pomagałem im w lekcjach, graliśmy w piłkę. Było okej. Do czasu aż Kamila wykorzystała swoją tajną broń. Pewnego dnia, kiedy przyszedłem do szkoły usłyszałem słowa, które wprowadziły mnie w zakłopotanie – „Cześć sieroto!”. Potem zaczęli, nie zważając na obecność innych osób dookoła, wypytywać czy to prawda, że moja mama mnie porzuciła, że mnie nie kochała. Powiedziałem im jak wygląda adopcja oczami takiego dziecka i co to naprawdę oznacza. Na próżno. Od tamtej chwili zaczęto mnie wyśmiewać i poniżać. Przeżyłbym to, bo jestem cierpliwy i ugodowy, ale wieść o tym dotarła do dzieciaków z DD. Któregoś dnia wychodząc ze szkoły zostałem zatrzymany słowami „Ej Ty! Chodź do nas szczęściarzu. Chodź pokażemy Ci kim powinieneś być!”
Dostałem w brzuch tak mocno, że upadłem. Kiedy leżałem zaczęli mnie kopać po głowie, brzuchu i nogach. W niedługim czasie krew lała mi się z wszystkich możliwych otworów ciała. Gdyby nie polonista, nie wiem jak by się to skoczyło. Kiedy nauczycielka odparła atak, wstając zapytałem „dlaczego?” – usłyszałem „Za to, że masz lepiej”.
Poszedłem do szkoły jeszcze pare razy. Za każdym razem na przerwach trzymałem się blisko pokoju nauczycielskiego lub dyżurujących nauczycieli. Panicznie się bałem. Udało mi się okłamać mamę, że to zwykłe nieporozumienie. Oboje popełniliśmy błąd nikogo nie informując. Niestety nie zawsze udało się trzymać blisko kadry pedagogicznej. Pewnego dnia musiałem wyjść do toalety. W środku spotkałem tamtą, bijącą mnie przed paroma dniami, grupkę chłopaków. Chciałem wyjść, ale zagrodzili mi drogę. Nie będę opisywał szczegółów, ale nie skończyło się na przykrościach słownych. Wyszedłem poprzypalany papierosami. Nie obyło się także bez głowy w toalecie czy uryny na twarzy. Był to jeden z tych dni, które zapamiętam po kres moich dni. Mimo tych wydarzeń nadal odwiedzam miejscowy, rodzinny już, dom dziecka (publiczny został zlikwidowany).
Również to udało mi się ukryć. Na szczęście nie przypalali mi twarzy. Ręce zdołałem przed rodzicami schować. Pamiętam, że był to okres, w którym moi rodzice zmieniali pracę. Nie chciałem ich dodatkowo martwić. Przestałem jednak chodzić do szkoły. By nic nie podpadło, wychodziłem z domu i błąkałem się po ulicach. Było zimno, ale na szczęście w naszym mieście jest wiele marketów i centrów handlowych. Bywałem na cmentarzu, stając zawsze przed grobem dziadka i pytając co robić, jakbym wierzył, że otrzymam odpowiedź. Chciałem się zabić, a jednocześnie chciałem spotkać moją biologiczną matkę i zapytać „Dlaczego muszę to przeżywać? Za co?”.
Pewnego słonecznego dnia do taty zadzwoniła wychowawczyni z zapytaniem co się ze mną dzieje. Wówczas wszystko się wydało. Tato był na mnie nieziemsko zły, ale kiedy dowiedział się o co chodzi, już następnego dnia był u dyrektora szkoły i domu dziecka. Ta konfrontacja z moimi oprawcami była najgorsza, bo mimo przeprosin i łez, bałem się spojrzeć im w oczy. Dostałem duży worek słodyczy od pań z DD oraz możliwość by do końca roku nie uczęszczać już do szkoły. Zapadła też decyzja o przeniesieniu do gimnazjum katolickiego…
Chciałbym opowiedzieć o tym mojej biologicznej matce. Chciałbym powiedzieć jej co wówczas czułem i jakie myśli mną targały. Chciałbym żeby spojrzała mi prosto w oczy i odpowiedziała na pytanie – dlaczego?

 

 

 

Moje dzieci to nie kosmici - o łamaniu stereotypów, zerwanych więziach i wiecznej batalii przybranych rodziców oraz kilka słów do rodziców dzieci oceniających moje pociechy!

Moje dzieci to nie kosmici – mają  rączki, nóżki, czyż nie podobnie jak Twoje? Mają też uczucia, a to, że zostały kiedyś przez los skrzywdzone i nie wychowują się w biologicznej rodzinie, nie daje nikomu prawa ich oceniać, a już na pewno poniżać i krytykować.
Moje dzieci mają też marzenia, może inne niż Twoje, bo…. zamiast nowego tabletu, komputera czy roweru, pragną po prostu mieć przy sobie kogoś, kto da im to, czego wcześniej nie miały – bezpieczeństwo, miłość i oddanie.
Doceniają, że mają się w co ubrać i co jeść, co wcześniej nie było takie oczywiste. Często chodziły spać głodne i nawet, będąc już u nas, długo, zanim sięgnęły po jakąkolwiek przekąskę, pytały czy mogą ją zabrać. Wcześniej musiały podzielić się jednym danonkiem albo po prostu nic nie jadły.
Moje dzieci może tym właśnie różnią się od Twoich, że potrafią cieszyć się z rzeczy tak „mało dla innych ważnych” a za największy sukces, jaki je w życiu spotkał, uważają właśnie to, by mieć rodzinę.
Tak właśnie Nikolka odpowiedziała na jedno z poleceń w szkolnych ćwiczeniach i pięknie namalowała nas wszystkich z osobna, ale razem, tworzących zgrany team właśnie. Wzruszyła mnie tym do łez.
Kiedy zamieszkaliśmy na wsi, a co za tym idzie, dzieci zawitały do tamtejszej szkoły, byłam pełna podziwu dla faktu, jak  zostały w niej przyjęte.
W przyszłej klasie Klaudii, kiedy ją tam zaprowadziłam   „na próbę”, dzieciaczki tworzyły piękny plakat ze swoimi zdjęciami, tak aby Klaudia mogła ich lepiej poznać, a przy okazji dowiedzieć się czegoś o każdym z osobna.
Zarówno w oddziale przedszkolnym, jak i u starszaków, nauczyciele zadbali aby moje dzieci nie czuły się źle.
Dzieciaczki również były serdeczne i przyjazne. Oczywiście zdarzały się również drobne nieporozumienia, ale na bieżąco w klasie omawiane i monitorowane przez nauczycieli.
Zastanawiałam się jak długo potrwa taka sielanka, ponieważ byłam świadoma faktu, że kiedyś, któreś z dzieciaków zaczepi moje dziecko i uderzy w najbardziej czuły punkt.
„Jesteście z domu dziecka, nie macie tak naprawdę mamy i taty ” – w końcu usłyszały. Oczywiście z naciskiem na : jesteś z tego powodu gorszy, INNY.
Pewnego dnia Nikola przyszła z ta wiadomością ze szkoły i oznajmiła, że dzieci zwracają się do niej w ten sposób.
Co odpowiedziałaś? Zapytałam przerażona….
Odpowiedziałam, że to nie prawda, że nie mam mamy i taty bo przecież ty nią jesteś mamo.
Przyznam, że myślałam, że pęknie mi w tym momencie serce, czułam też jednocześnie ogromną złość nie na te dzieciaki, z ust których Nikolka to usłyszała, ale na ich rodziców, którzy pewnie niczego nie świadomi komentowali fakt wcześniejszego  pobytu moich dzieci w domu dziecka w swoich domach, nie zwracając uwagi, że słyszą to również i ich dzieci.
Owszem, drodzy rodzice, którzy pewnie prędzej czy później, przeczytacie mój wpis, moje dzieci były w domu dziecka przez chwilę, mają innych biologicznych rodziców i przeszły przez piekło, ale niczym się przez to nie różnią od Waszych dzieci – z tzw. „dobrych domów”.
Są zadbane, zaopiekowane a przede wszystkim chciane! Wiedzą, od początku, że to nie ja jestem mamą, która je urodziła, ale jestem teraz kimś, kto bardzo je kocha i nie pozwoli zrobić im krzywdy. Staram się dać im tego dowód na co dzień. One wiedzą, że są dla nas  ważne!
Ja natomiast, jako zastępcza mama, różnię się od tej biologicznej zasadniczo. Dlaczego? Sami dajcie sobie odpowiedź na to pytanie!
Najbardziej niestety „obrywa” się Klaudii. Dlaczego? Bo jest najstarsza, już wiele rzeczy rozumie i można jej zrobić dużą krzywdę, uderzając w najczulszy punkt.
Zrozumcie, drodzy rodzice, że jakakolwiek by nie była ich biologiczna mama, jest i będzie ich mamą, a jej dzieci nie zasługują by patrzono na nie przez jej pryzmat właśnie.
Każdy przybrany rodzic pewnie przyzna mi rację, że decydując się na adopcję, bierze pod uwagę fakt złego traktowania jego dziecka przez rówieśników, z tego powodu właśnie. Uwierzcie mi jednak, co innego o tym myśleć, a co innego odczuć na własnej skórze. Powinniśmy więc łamać stereotypy, mylne przekonania by „te dzieci” nie czuły się przez to  inne, gorsze. Powinniśmy też uwrażliwić na to inne dzieci, bo one często powtarzają to, co usłyszą wcześniej w domu.
Pewnie ten wpis, prędzej czy później, dotrze do rodziców dzieci, o których tutaj mowa i bez podania nazwisk, będą doskonale wiedzieli, że tyczy ich właśnie.
Zastanówcie się drodzy rodzice dzieci, które oceniają moje pociechy nad tym co mówicie, w jaki sposób mówicie i że krzywdzicie w ten sposób nie tylko moje dzieci, ale przede wszystkim swoje, bo to one ukierunkowane już od początku zostaną w ten sposób by nie szanować drugiego człowieka. Zaczną oceniać ludzi ze względu na ich pochodzenie, i będą żyły w przeświadczeniu, że to one są lepsze, a dlaczego? Bo mają nowy rower, telefon czy ciuch z najnowszej kolekcji? Ale czy na pewno są to priorytety, z którymi chcecie by szły przez życie?

 

 





❤❤❤ (Data zamieszczenia: 2016-12-07 23:07:21)

Facebook