adopcja/rodzicielstwo zastępcze

Artykuły o nas :) (Dodano 2016-09-11 22:29:58)

Artykuł opublikowany w numerze 35/2016 Życia Gostynia

- Często zastanawiam się nad rolą mamy, która jest najważniejsza. Kiedy myślę o słowie „mama”, to widzę moją mamę, kiedy umiera moje pierwsze dziecko. Budzę się w szpitalu po narkozie, a ona mnie trzyma za rękę. Ja mam taki jej obraz. Kiedy jej tak bardzo potrzebowałam, ona ze mną była. Bardzo chciałabym być taką mamą dla moich dziewczynek – przyznaje Anna.

Spotkałam się z dwoma wspaniałymi kobietami – Anią i Anetą, żeby porozmawiać o rodzinach zastępczych, rozwiać wątpliwości tych, którzy się wahają. Gdyby ktoś zastanawiał się nad tym czy stworzyć rodzinę dla dziecka, czy sobie poradzi, co powiedziałyby mu kobiety, które dały dom siedmiorgu poharatanym przez los maluchom? – Że nie ma co się za bardzo zastanawiać. Jeżeli komuś wpadnie taki pomysł do głowy, od razu przejść szkolenia, iść za pozytywnymi myślami, nie konsultować się z wieloma osobami, nie szukać dziwnych rzeczy w internecie. Nie ma się co bać – twardo stwierdza Aneta. I wie co mówi. Od 14. lat wychowuje w rodzinie zastępczej niezawodowej dwie dziewczynki. Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale przecież wychowanie dzieci łatwe nie jest. Spotkanie z mamami zastępczymi było pełne emocji, trudnych pytań i odpowiedzi. Wszystkie miałyśmy wiele razy łzy w oczach, ale też śmiałyśmy się. Jak to w życiu.

Pełna chata

Aneta rodzicem zastępczym jest od 2003 roku. Nie mieli z mężem biologicznych dzieci. Wzięli udział w pierwszym kursie organizowanym dla rodziców zastępczych i adopcyjnych w gostyńskim Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Przyjęli dzieci z Domu Dziecka w Bolesławcu. – Dziewczynki nie miały uregulowanej sytuacji prawnej, więc ta droga była szybsza dla ich dobra – wyjaśnia Aneta. Od 5 lat jest sama, po śmierci męża sama wychowuje dzieci. Od 3 lat jest też rodziną pomocową. To taka, która wspiera rodziny zawodowe i pogotowie opiekuńcze, np: kiedy mają urlop, wydarzy się jakieś zdarzenie losowe. Wówczas dzieci przyjeżdżają do niej. Tak było w te wakacje, kiedy w domu przebywało sześcioro podopiecznych. - Zawsze bardzo się cieszą, my również się cieszymy. W lipcu mieliśmy trzy dziewczynki z pogotowia opiekuńczego, a od stycznia opiekujemy się w rodzinie zastępczym 5-letnim chłopcem, który niebawem będzie adoptowany – mówi. Aneta używał słowa „my”, mając na myśli siebie i swoje dwie córki. Starsza w styczniu skończy 18 lat, młodsza za chwilkę 16 - jest dzieckiem z orzeczeniem o niepełnosprawności, upośledzeniem w stopniu lekkim, z FAS-em (alkoholowym zespołem płodowym), ADHD, wadami postawy, wadami różnych innych narządów. – Mamy więc troszeczkę więcej pracy przy Oli. Ale od września idzie do szkoły zawodowej, będzie się uczyć za cukiernika. Mimo swoich pewnych niedoskonałości doskonale sobie radzi – podkreśla mama. Aneta przyznaje, że decyzja o przyjęciu dzieci nie była trudna. – Była automatyczna. Człowiek zakłada rodzinę, pragnie mieć dzieci. Nie mogliśmy mieć biologicznych, usłyszeliśmy o szkoleniach i postanowiliśmy przyjąć dzieci. Myśleliśmy o jednym, ale okazało się, że są dwie siostry – wspomina. Na początku nie wiedzieli o niepełnosprawności młodszej. – W dzisiejszych czasach jest inaczej, ponieważ informacja o stanie zdrowia idzie za dzieckiem. Dawniej tak nie było. Przyjmowało się dziecko zdrowe, ważne, że ma dwie rączki, dwie nóżki. Dopiero później każdego dnia odkrywaliśmy nowe nieprawidłowości – przyznaje Aneta. Ola miała 3 latka, nie chodziła, nie mówiła, miała 9 kilogramów. Była malutka, chudziutka, wiecznie płacząca. Rodzice codziennie odwiedzali nowego specjalistę. – Odkrywaliśmy nowe sprawy, które trzeba było korygować - iksowate nóżki, zaburzenie równowagi, straszne migreny, które ma do dzisiaj, nietolerancja wielu pokarmów, ponieważ mimo trzech lat, karmiona była tylko mlekiem – wylicza. Czasem biologiczni rodzice mają problem z zaakceptowaniem niepełnosprawności swojego dziecka. Co myślała Aneta z mężem? - Od razu przyjęliśmy, że to są nasze dzieci – pada krótka, konkretna odpowiedź. – Jeśli ktoś na starcie wychodziłby z innego założenia, nie zaakceptowałby ich, to powinien zrezygnować. Trzeba dziecko przyjąć jak własne, bo potem niczego się na tym nie zbuduje – mówi Aneta.

Jesteśmy z nich dumne

Życie w rodzinie toczyło się i toczy normalnie. Czyli wiecznie jest pełno różnych niespodzianek, dużo radości. – Przecież dzieci przynoszą nie tylko trudności. Każde osiągnięcie jest dla nas olbrzymia radością, szczególnie u dziecka niepełnosprawnego, które miało nie jeździć na rowerku, miało nie robić wielu rzeczy, a tu nagle dziewczyna rośnie - przyznaje Aneta. Tłumaczy, że uczyli ja zawsze tego, co powinno umieć dziecko według wieku. - Nie zwracaliśmy uwagi na tę niepełnosprawność. Był etap na wiązanie butów – uczyliśmy to robić, na przedszkole, na jazdę na rowerze - tak szliśmy krok za krokiem. Trzeba było dłuższy czas poświecić, żeby daną rzecz wypracować, ale nie były one nierealne. Jeżeli chciała się uczyć, byliśmy zawsze chętni – mówi mama. Ola wyrosła na osobę, która poradzi sobie w życiu, a to było głównym celem rodziców – samodzielność. Starsza córka Kasia, jest dzieckiem nadaktywnym, ale bardzo zdolnym. W wieku 4 lat nie potrafiła jednak narysować prostej kreski. – Ale załapała bakcyla nauki. W wieku 6, 7 lat prześcigała wiedzą rówieśników. Rozpoczęła jednocześnie szkołę podstawową i muzyczną i doskonale sobie radziła – podkreśla mama. Obecnie należy do orkiestry dętej, a w domu rodzina ma kolekcję jej medali za osiągnięcia sportowe. – Jestem z nich bardzo dumna – mówi Aneta.

Na czym polega dom dziecka?

Śmierć męża była ciosem dla Anety i dziewczynek. Gdyby nie było dzieci, kobieta zostałaby sama. Dziewczynkom było trudno przejść przez okres żałoby. Pomógł PCPR, gdzie rodzina wzięła udział w szkoleniach, jak przeprowadzić dziecko przez okres straty. – Dużo nam to dało, tym bardziej, że mąż długo chorował, leżał w szpitalach, później pogrzeb. Po roku zmarła moja mama, więc weszliśmy w kolejny etap żałoby. Ale dałyśmy radę – podkreśla Aneta. Dodaje, że w działaniach wspiera ją cała rodzina, mogła i może liczyć na przedszkola, szkoły, poradnię psychologiczno-pedagogiczną. Ważne jest, aby przygotować dzieci na pytania środowiska, bo wiadomo, idą do piaskownicy, nasłuchają się od innych dzieci. Dziewczynki często były pytane wprost przez sąsiadów, dzieci: „Jak długo tu jeszcze będziesz?”, „A skąd jesteś?”, „Na czym polega dom dziecka?”. – Przygotowywaliśmy je, aby nie odbierać tego jako złośliwość, tylko jako ciekawość, niewiedzę. Nie ukrywaliśmy przed nimi, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi – mówi Aneta.

Rozkochały ich w sobie

Ania przyznaje, że nie ma takiego dużego doświadczenia, jak Aneta, bo rodziną zastępczą są z mężem od 5 lat. Ich historię już opisywaliśmy na łamach „Życia Gostynia”. Jednak wtedy opowiadał ją tata. Teraz opowiedziała ją kobieta, która zdecydowała się zwierzyć z bardzo intymnych przeżyć. – Zanim zostaliśmy rodzicami zastępczymi straciliśmy trójkę swoich dzieci. Najpierw podjęliśmy decyzję o adopcji. Kursy zrobiliśmy w Lesznie, ale zainspirowała mnie moja przyjaciółka, która już była jakiś czas rodziną zastępczą. Trochę za jej namową, trochę za obserwacją tego, co się u niej dzieje, zdecydowaliśmy się – wspomina Ania. Zwłaszcza, że proces adopcyjny w Polsce, to długa procedura. – Byliśmy już długo małżeństwem i stwierdziliśmy, że damy dom dzieciom – mówi Ania. Skończyli kursy, zaznaczając, że przyjmą jedno, góra dwoje dzieci. Okazało się, że w PCPR Trzciance szuka domu dla trzech dziewczynek. Najstarsza miała wtedy 8 lat, średnia dwa i pół, najmłodsza 13 miesięcy. - To było dosyć spore wyzwanie. Powiem szczerze, że pojechaliśmy z taką niepewnością, ale tylko na to pierwsze spotkanie. Bo jak już zobaczyliśmy dziewczynki, to nas tak urzekły, rozkochały, że nie było mowy, że my ich do siebie nie weźmiemy – wspomina Ania. Po 2 latach okazało się, że biologiczna mama dziewczynek urodziła kolejną córkę. – Byliśmy wtedy na wakacjach w Zakopanem. Zadzwoniła do mnie i nakreśliła sytuację, która była po raz kolejny tragiczna dla tego dziecka. Poprosiła mnie o to, czy zabierzmy Zosię też do siebie. Musiałam mieć czas, żeby się zastanowić. Pamiętam, jak powiedziałam najstarszej córce, że urodziła się siostrzyczka. Miała wtedy 10 lat. Nawet nie zapytała, jak ma na imię tylko, czy jak tamci rodzice nie będą jej chcieli, to czy my ją weźmiemy. Pierwsza myśl, jaką mi wtedy serce podpowiadało, to, że tak, weźmiemy. Asia trafiła do nas, kiedy miała 2 miesiące – mówi Ania.

Nasza rola

Rodzina zastępcza ma przez cały czas kontakt z biologiczną matką dziewczynek. Ojciec zadzwoni do Anny raz, kiedy oddawał najmłodsze dziecko. – Oni tak się przeganiają. Jeden winę zrzuca na drugiego. Kiedy dzwonił, czułam, że się usprawiedliwia, że to nie jego wina, gdzie ewidentnie w sądzie dowiedziałam się, że jego. Mamę z kolei trochę usprawiedliwiam, bo jest strasznie nieporadna życiowo, tak, jakby rozmawiało się jeszcze z nastolatką. Jest strasznie od męża uzależniona, nie potrafi się od niego uwolnić. Wybiera życie z tym człowiekiem, a nie dzieci. Jest w kolejnej ciąży, tym razem ojcem jest ktoś inny – mówi Anna. Kobieta chce być dla dziewczynek mamą, na którą zawsze mogą liczyć. One wiedzą, że mają inną mamę - biologiczną. Te młodsze są za małe, żeby pamiętać, ale najstarsza dużo widziała. – Ale rozmawiamy o tym. Młodsze nie czują potrzeby kontaktu, kiedy mama dzwoni. Nie są z nią emocjonalnie związane, nie ma więzi. Wyrobiły je sobie przez te 5 lat ze mną. To ja jestem, kiedy są chore, kiedy potrzebują, kiedy trzeba do szkoły zaprowadzić. Tak sobie myślę wtedy, że matka tak bardzo była mi potrzebna w trudnych chwilach, kiedy już byłam dorosłą kobietą, więc jaką te dzieci, od matki poniekąd oderwane, jaką muszą mieć traumę. I tu jest nasza rola, żebyśmy tę matkę zastąpiły – stwierdza Anna. Jak mówi, dzieci odebrane, oddane przez rodziców, noszą olbrzymie brzemię odpowiedzialności. – Mam wrażenie, że to będzie się za nimi ciągnęło do końca życia. Może, jak wejdą w dorosłość, będą miały własne dzieci, trochę odpuszczą. Ale my je musimy nauczyć, jak te dzieci wychowywać, bo one tego z domu nie są nauczone. Nie wiedziały podstawowych rzeczy. Zabraliśmy je w za dużych butach. Nie wiedziały, co to banan, brokuł – wspomina Anna. Kiedyś poszły do supermarketu i córka chciała, aby ugotowały zupę pomidorową. Ania chciałam kupić pomidory, itd, a ona pokazała: „Tu jest na półce”. To była zupka chińska. Tak to funkcjonowało. Na obiad jadły makaron z jogurtem, zupę buraczkową, bo najtaniej. Nie wiedziały, jak się zachować w restauracji. Ośmiolatka przyszła do nowego domu ze smoczkiem i w pampersie, nie chodziła do przedszkola, szkoły. Mama spała do 12.00, więc nie miał, kto dziecka zaprowadzić. - Jestem dumna ze wszystkich moich dzieci, ale najbardziej z najstarszej. Miała najbardziej traumatyczne przeżycia i je pamiętała. Musiała sobie poradzić ze zmianą otoczenia – przyznaje kobieta. Dziewczynka, po telefonach od mamy, potrafi się zamknąć w sobie na kilka godzin.

Jak wychowywać?

Dzieci oddawane rodzinom zastępczym, do adopcji, czy placówki, nie wiedzą często, co to są posiłki, nie umieją ich nazwać, nie rozumieją dlaczego teraz wszyscy siadają do stołu i razem jedzą. – To wszystko trzeba w dzieciach wyregulować. Stałą godzinę snu, ogólną rutynę, która naprawdę działa cuda, Jeżeli wprowadzi się rutynę i konsekwencję, naprawdę nie ma się czego bać. Dzieci są dzieci są tego bardzo chłonne. To daje im poczucie bezpieczeństwa – podkreśla Aneta.

Jej dzieci są w zupełnie innej sytuacji. Matka biologiczna nie chce kontaktu z córkami. Jest w nowym związku, ma dziecko. Dziewczynki utrzymują za to kontakt ze starsza siostrą. – Moja starsza córka przejmowała odpowiedzialność za całą rodzinę. Cały czas obserwuje, nie tyle, co się dzieje z mamą, ale czy jest w stanie zajmować się najmłodszą córką i czy w razie czego, weźmiemy ją także do siebie. Cały czas obie czuwają – przyznaje Aneta. Jednak, co bardzo ważne, dziewczynki w obu przypadkach czują się w rodzinach bezpiecznie. – Jesteśmy rodziną. Rodziny zastępcze wyróżnia od placówki to, że dzieci nie są tylko zaopiekowane, ale są kochane. problemy same się nie rozwiązują, ale jest je pokonać łatwiej – mówią zgodnie kobiety.

Nie mam pretensji, żalu

To normalne rodziny, jednak nie do końca. Te matki zderzają się często z takimi sytuacjami, o których normalna matka nie ma przecież pojęcia, nie musi się z nimi mierzyć. Jedną z nich są właśnie „tamci rodzice”. – Żebyśmy my były spokojne, to trzeba fakt, że jest tamta mama po prostu zaakceptować. My się czujemy mamami od pierwszego dnia - przyznaje Ania. Starają się dwa razy w roku dzieci zabierać na wakacje. Są wtedy bardzo szczęśliwe. – Kiedy wysyłam zdjęcia z eskapad ich mamie, jest wdzięczna. Nie mam do niej pretensji, ani żalu, bo nie można tej relacji budować na takim uczuciu. Trzeba pełnej akceptacji. Wiem, że z tych wszystkich możliwości, które miała, wybrała dobrą – mówi Anna. Takie podejście pozytywnie wpływa na dzieci. – Niczego nie zbuduje się na niechęci do rodziców biologicznych – zauważa Ania. - Muszą ich szanować, bo dzięki nim są na świecie – dodaje Aneta. Są zazdrosne o tych rodziców? - Absolutnie nie. Może na to wszystko patrzę oczami tych dzieci troszeczkę, ponieważ nie wychowywali mnie rodzice, tylko babcia. Byłam dziesiątym dzieckiem w rodzinie – mówi. Czy bały się, że matki biologiczne zechcą odebrać im dzieci? – Przyznam szczerze: bałam się bardzo. Chociaż wiedziałam, że mam od niej zielone światło, że takiej sytuacji nie będzie, ale mimo wszystko. Z tym trzeba się zmierzyć, w głowie poukładać – przyznaje Ania. Dwa lata temu na świecie pojawiło się biologiczne dziecko małżeństwa, kolejna dziewczynka! – Obawiałam się reakcji dziewczynek. Byłam pozytywnie zaskoczona. Przyjęły, ją jak siostrę. Najstarsza jest bardzo opiekuńcza do niej. Jesteśmy teraz jedną wielką rodziną, nagle jest nas siedmioro! Nie wyobrażam sobie, że miałoby zabraknąć któregoś z dzieci – podkreśla Ania. Dodaje, że dziewczynki były dla małżonków lekiem na zło, które ich wcześniej spotkało. – Tym bardziej przyjęliśmy je, jako swoje – mówi Ania.

Nie mogę sobie odpuścić

Matki podkreślają, że nie można patrzeć na przeszłość dziecka, bać się bagażu, jakie niesie ze sobą. – Jego życie, to pusta kartka, którą będziemy zapisywać – tłumaczy Aneta. Często są obawy o geny, alkoholizm rodziców, nawyki. – To nieprawda. Tak jak my to dziecko wychowamy, takie to dziecko będzie. Na sto procent mogę to powiedzieć, mam dzieci od 14 lat. Zdecydowanie wychowanie przeważa nad genami, tylko trzeba przyjąć dziecko z otwartymi ramionami. Dać im dobre rzeczy, ale nie na zasadzie wynagradzania krzywdy, którą przeżyło - bo jest biedne i nieszczęśliwe, więc teraz będzie mu wszystko wolno – skakać po stole, jeść lody na kolacje. Nie tędy droga. Konsekwencja i rutyna – tego dziecku trzeba, kiedy stawiamy mu granice, czuje troskę – podkreśla Aneta. Te dzieci muszą też wiedzieć, że nawet jeśli powinie im się noga, powielą jakieś scenariusze, wtedy mogą na rodziców liczyć. – Pod domem zawsze stoją dwie ciężarówki z cierpliwością, którą uzupełniamy – śmieje się Aneta. – To nie jest tak, że to nie są moje biologiczne dzieci, więc zawsze mogę sobie odpuścić. Nigdy nie odpuszczamy. Moje nastolatki, czasem chciałyby więcej – dłużej być z kolegami, itd. Mówią mi: „Inni mogą, dlaczego nie ja?”, a ja odpowiadam: „Bo cię kocham i się o ciebie troszczę”. „A możesz mnie kochać trochę mniej?”. Odpowiadam, że nie mogę – mówi Aneta.

Blog

Anna, polonistka z wykształcenia, już niedługo zacznie pisać bloga. Chce pisać do osób, które chciałyby być rodzinami zastępczymi, ale też do matek, które, jak ona, straciły swoje dzieci. – Dużo matek potrzebuje wsparcia. Wiem sama po sobie, jak to jest kiedy traci się dziecko. Chciałabym wykorzystać moje doświadczenie i pomóc innym przejść przez okres żałoby - mówi. Ania chce zachęcać do tworzenia rodzin zastępczych. – Bo widzę, jaką radość, szczęście to daje – podkreśla. Namawia do podjęcia decyzji swoje koleżanki. – Jeśli uda mi się choć jedną rodzinę namówić, dać dom jednemu dziecku, to będzie sukces – dodaje. Obie kobiety przekonują, że procedury założenia rodziny zastępczej nie są trudne. – To sympatyczne spotkania przy kawie, w fajnym gronie – wyjaśniają. Nie trzeba też być bogatym. Zwykła rodzina jest sobie w stanie poradzić, zwłaszcza, że na start dziecko dostaje od państwa wyprawkę. Jedna osoba musi pracować. – Im więcej rodzin zastępczych, tym mniejsze cierpienie dzieci - przekonują.

Mama

Znajomi pytają Ani często czy nie przeszkadza jej, że najstarsza dziewczynka mówi do niej „ciociu”, pozostałe mówią „mama”. – Nie przeszkadza mi to. Śmieję się, że jestem mamą-ciocią. Rozmawiałam z nią kiedyś o tym, przyznała, że tęskni za mamą. Obiecałem, kiedy będzie miała 18 lat i zechce, sama zawiozę ją do niej. Uspokoiła się. Te dzieci przeszły więcej, niż niejeden człowiek dorosły przez całe życie. O tym trzeba pamiętać – mówi Ania. dziewczynka kilka miesięcy temu przeszła operację. Przy starszych dzieciach w szpitalu rodziców nie ma, jednak w dniu zabiegu Anna nie wytrzymała i pojechała. – Pani, która była przy małym synku powiedziała do mnie: „Wie pani co, a córka mówiła, że jak przyjdzie jej mama, to jest taka kobieta w ciemnych dłuższych włosach”. Byłam wzruszona, że powiedziała o mnie „mama”. Może na co dzień też by chciała, ale jest lojalna wobec tamtej mamy, a przy obcych pozwoliła sobie – zwierza się Ania. Opowiada, jak wspaniałe są dziewczynki. – Ostatnio jedna przybiegła do mnie z narysowanym ogromnym sercem. „Mamo jesteś stworzona dla nas!” powiedziała. Te wszystkie dowody miłości przypinam na tablicy w kuchni. Jestem z nich dumna! – podkreśla mama, która jako młoda kobieta planowała jedno, góra dwa dzieci. Teraz ma ich pięcioro i jest szczęśliwa. U Anety w domu zawsze przygotowane jest łóżeczko, także piętrowe. Nie wydaje żadnych ciuszków, maskotek. Wszystko musi być gotowe dla dzieci.

*imiona dzieci zmieniono

Jak zostać rodziną zastępczą?

Warsztaty dla rodziców zastępczych i tych, którzy chcą nimi zostać organizuje w powiecie gostyńskim Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Gostyniu. Chętni do udziału w warsztatach proszeni są o zapisywanie się na wybrane przez siebie szkolenia w PCPR w Gostyniu w Dziale Pomocy Dziecku i Rodzinie - osobiście w siedzibie przy ul. Nowe Wrota 7 w Gostyniu lub telefonicznie pod nr tel. 65-572-75-28 lub 603-533-381.

 

Artykuł opublikowany w numerze 53/2015 Życia Gostynia

 

- Te dzieci są nasze – tak mówią rodzice zastępczy o maluchach, którymi się opiekują. W powiecie gostyńskim funkcjonuje 49 takich rodzin. Ich status jest różny – jedne zajmują się dziećmi zawodowo, drugie niezawodowo, inne są pogotowiem opiekuńczym, jeszcze inne są rodzinami spokrewnionymi. – Może się wydawać, że to sporo, ale ciągle takich rodzin brakuje. Chciałabym, aby kandydatów było coraz więcej. Nawet, jeśli dziecko będzie w takiej rodzinie na krótko, to ona da mu coś, z czego będzie mogło czerpać na przyszłość. Nawet, jeśli będą to tylko 2, 3 lata, wychowanek będzie mógł zobaczyć trochę inny świat – przekonuje Alicja Data, kierownik działu pomocy dziecku i rodzinie w gostyńskim PCPR. Idea rodzin zastępczych jest taka, że opieka ma być do czasu, aż rodzic biologiczny nie poprawi swojej sytuacji, na tyle, że dziecko będzie mogło do niego wrócić. Co czują rodzice zastępczy? Czy łatwe jest wychowanie nie swoich biologicznie dzieci?

Anna i Marcin (rodzina zastępcza niezawodowa)
    Po ich domu biega pięć energicznych dziewczynek: Zosia, Kasia, Agata, Paulina i Olga. Mają 13, 7, 5 i 3 lata oraz 11 miesięcy. Tylko jedna z nich, najmłodsza jest biologicznym dzieckiem małżeństwa. - Nie mogliśmy mieć  swoich dzieciaczków. Chcieliśmy być rodziną adopcyjną, ale to długo trwało, ślimaczyło się. W końcu trafiliśmy do PCPR. I się zaczęło. Najpierw szkolenia. Już w ich trakcie poznaliśmy trzy dziewczynki. Potem długo była cisza, bo sąd nie podejmował decyzji i nagle telefon w piątek popołudniu, czy decydujemy się, czy przyjeżdżamy po dzieci, czy mają je odwieść do domu dziecka?– wspomina pan Marcin. Podróż do domu była trudna. Kasia, kiedy zobaczyła samochód, zaczęła rozdzierająco płakać. Kiedy auto ruszyło, dziewczynka uspakajała się, kiedy stawało na światłach, krzyczała. I tak przez 200 kilometrów. Trzecia z dziewczynek nie mieściła się w nosidełku, było jej niewygodnie, więc pani Ania tuliła ją na przednim siedzeniu. – Mówię, jak nas zatrzymają, to nas zamkną. Dzisiaj się z tego śmiejemy, ale wtedy nie było nam do śmiechu – przyznaje pan Marcin. Na miejscu okazało się, że Kasia pije tylko mleko z kartonika i że kupione pampersy są za małe. – Pojechałem o 22.00 z 8-letnią Zosią to Tesco. Pierwsze, co zrobiła, jak weszliśmy do marketu, zabrała kwiaty dla Ani – opowiada. Dziewczynki na szczęście przespały całą noc, w przeciwieństwie do rodziców. Jak to jest nagle mieć w domu 3 dzieci? - Tak jakby się wykąpać w studni. Trzy naraz spadają, a nie ma się bladego pojęcia o wychowaniu. Żona trzy miesiące chodziła do tyłu, jak rak. Była blado-zielona, nieprzespane noce. Dziewczynki też bardzo to przeżywały. Mnie nie było, bo pracowałem – opowiada pan Marcin. Jednak podkreśla, że dzieci są spokojne, ułożone, bez żadnych problemów. Bardzo dużo pomagały, zwłaszcza Zosia, najstarsza. – Jak się dostaje małego psa, to się mu kupuje karmę. A jak małe dziecko, to nie wiadomo, co chce, herbatę, mleko.  Nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć, jak tego dzieciaka całe życie nie znałeś? – przyznaje. Co z emocjami? Przecież nagle w domu mieszkają obce dzieci? - To się czuje w dniu, kiedy się je pierwszy raz zobaczy. To nie są misie w sklepie - bierzemy i oddajemy. Po prostu trzeba decyzję podjąć, jak się te dzieciaczki spotyka pierwszy raz. Nie robić sobie nadziei, że się pojedzie drugi, czwarty, dziesiąty raz i w końcu się je pokocha. Moje zdanie jest takie, że tak się nie da. Tak samo jest z miłością, bo to jest miłość. Nie traktujemy z żoną tych dzieci, jak nie nasze. One wszystkie są nasze, tak samo muszą być traktowane. Jak zajeżdża się do takiego ośrodka i przychodzi Kasia z palcem w buzi, Zosia płacze, kolejna ma za duże buty na nogach, to jest koniec świata, serce się kroi. Trzeba je brać stamtąd i koniec i kocha się jak swoje. Dla mnie nie ma różnicy, one są wszystkie nasze i niech tak zostanie - podkreśla pan Marcin. Małżeństwo tak „zapatrzyło się” w siostry, że prawie rok temu przyszła na świat ich biologiczna córka. Rodzeństwo raczej nie wróci do biologicznych rodziców. - Nie chcę kwalifikować rodzin. Może jest tak, że niektóre naprawdę się gubią i trzeba zabrać na jakiś czas dzieci. Kiedy wszystko się ustabilizuje, wrócą – mówi pan Marcin. Jednak w tym przypadku szansa na to jest minimalna. Ojciec rzucał najmłodszą, wyrządzał dużo krzywdy psychicznej i fizycznej. Matka sama oddała dziewczynki, kiedy mąż był w więzieniu, jakby chciała je chronić. Jest szczęśliwa, że trafiły do dobrego domu. – To osoba o dziecinnym usposobieniu. Podczas widzeń zachwyca się, że dziewczynki są pięknie ubrane, nie pytała, jak się czują. Ale podziękowała rodzicom zastępczym. Mimo że jest osobą, której nie zbywa, przywiozła czekoladę, rzuciła się pani Ani na szyję, ucałowała i dziękowała, że dzieci są u nich – wspomina Alicja Data. Kiedy urodziła najmłodszą córkę, zadzwoniła do rodziny zastępczej i zapytała, czy wezmą kolejne dziecko, aby siostry były razem. Zresztą najstarsza już wcześniej pytała o to, co rodzice zastępczy zrobią, jeśli mama odda maleństwo? - I co temu dziecku odpowiedzieć? – pyta retorycznie pan Marcin. Czy trudno jest wymagać od dzieci, które tyle przeszły? - Od nich trzeba wymagać. Trzeba im też dać, a one wtedy oddadzą dobrym. Jedne szybciej, drugie później. Każde dziecko jest inne. Mamy cztery siostry. Jedna budziłaby się koło południa, druga ma ogień w oczach. Do każdej trzeba inaczej podejść – opowiada pan Marcin. Kasia sama nauczyła się czytać, natomiast najstarsza, 8-latka, która powinna iść do szkoły, nigdy nie była w przedszkolu. Miała poważne zaległości, nie znała literek, kolorów. Na szczęście pani Ania jest nauczycielką, więc pierwsze wakacje w nowym domu były dla dziewczynki bardzo intensywne. – To są chwile, które pamięta się do końca życia – przyznaje pan Marcin.


Irena i Marek (pogotowie rodzinne)
    Historia pierwszego dziecka była kluczem do sukcesu tej rodziny zastępczej. Małżeństwo miało już troje dorosłych, samodzielnych dzieci. Pan Marek pracował, raczej nie zajmował się nimi. Zawsze była teściowa, która pomagała. W kwietniu 2010 roku z PCPR zadzwoniła Alicja Data, że jest do odebrania dziecko. Wcześniak, 3 miesiące, 2 kilogramy. Kiedy się urodził miał 950 gramów. Jaś nie miał żadnych rokowań na przeżycie. Zapakowanego w „pudełko” przewieziono do szpitala w Poznaniu, tam przywrócono go do życia. – Miał dużą chęć do życia. Przywieźliśmy go w piątek, żona pracowała. Przyszło mi w poniedziałek zostać z maleństwem samemu w domu. Strach chwycić na ręce, a co dopiero przewinąć, nakarmić. Ale jakoś sobie z Jasiem daliśmy radę – wspomina pan Marek. Rodzice jeździli z nim od lekarza, do lekarza. Okazało się, że jest niewidomy – retinopatia wcześniaków (odczepienie siatkówki). Przeszedł 5 operacji. Trzeba było go uczyć wszystkiego, każdego ruchu, bo nie widział. – Lipiec, upał, a ja z przodu przesuwam mu ręce, żona z tyłu, nogi. Uczyliśmy raczkować, przewracać z boku na bok, na brzuszek. Konieczna była też rehabilitacja, która trwała po 3, 4 godziny dziennie. Często były to bolesne ćwiczenia - palec wkłada się pod żebra i głęboko uciska, żeby wzbudzić pracę mięsni i nerwów. Dziecko płacze, a tu trzeba ćwiczyć. Płakaliśmy razem z nim – przyznaje mężczyzna. Zaraz po Jasiu trzeba było zająć się 1,5 rocznym Kubusiem, ze szpitala odebrać malutką Alicję. - To tak, jakby trojaczki urodzić, przy czym każde ma inne potrzeby – mówi pan Marek. W pogotowiu rodzinnym dzieci zostają do czasu uregulowania sytuacji prawnej, czasami nawet ponad dwa lata. Co czują rodzice, kiedy muszą je oddać?  - To trudne. Jeśli jest u nas bardzo krótko, nie przywiążemy się aż tak bardzo. Jeśli jeszcze trafia w dobre ręce, to jakoś lżej. Jednak łzy są. Z Jasiem, to była tragedia – przyznaje pan Marek. Kiedy decydował się z żoną na stworzenie rodziny zstępczej, ich biologiczne dzieci nic nie mówiły, ale podchodziły do tego sceptycznie. – A jak przyszło się po 2 latach z Jasiem żegnać, to był ogólny płacz w całej rodzinie. Jasiu do dzisiaj jest naszym, teraz już trzecim wnuczkiem. Mamy z nim stały kontakt, trafił do rodziny zastępczej, a docelowo do adopcji – mówi pan Marek. Chłopiec ma już 6 lat. Gra na pianinie, jeździ na rowerze, chodzi samodzielnie bez laski. To wszystko kwestia rehabilitacji i odpowiedniej stymulacji, że potrafi w tym świecie, który się zmienia, sobie radzić. Pięć operacji niewiele dało. Jedno oko jest martwe, a w drugim jest delikatne poczucie światła. Lekarze twierdzą, że z medycznego punktu widzenia, chłopiec nie widzi. – A Jaś rozpoznaje kolory, kształty. Kiedy pani profesor położyła przed nim na podświetlanym stolemisia, Jaś przyjrzał się uważnie zza okularów i powiedział: „Żółty miś”. Jaś nauczył mnie słuchać, co się dzieje w otaczającym świecie – mówi pan Marek. Do rodziny trafił później brat Jasia, Maciuś. Miał 7 miesięcy, kiedy mama porzuciła go w Bonifraterskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Stanęła przed lustrem z dzieckiem na ręku i powiedziała: „Widzimy się po raz ostatni” i poszła. Aktualnie rodzice opiekują się trojgiem rodzeństwa. Powroty tych dzieci do rodziców biologicznych czasem są udane, a czasem nie. Pogotowie daje im szansę na normalność. Jednak pan Marek twierdzi, że to niestety kolejna trauma, kolejne porzucenie. - Tu znalazły oparcie, stabilność, mają dom, mieszkają, jesteśmy dla nich rodziną, a potem znowu są oddawane.  To dla nas bardzo trudne – przyznaje. Jednak w przypadku Ireny i Marka problemem, aby zostać rodziną zastępczą był wiek. Kiedy zdecydowali się na swoją rolę, mieli po 50 lat.


Anna i Tomasz (rodzina zastępcza spokrewniona)
    Razem z mężem jest rodziną spokrewnioną dla swojego wnuka. Opiekują się chłopcem od jego urodzenia. Paweł ma już 14 lat, chodzi do gimnazjum. Uczy się dobrze. Kocha piłkę nożną, jazdę rowerem. Jest ministrantem i harcerzem. – Od małego bardzo chorował. Jest alergikiem. Poszliśmy do lekarza, który powiedział nam, że nie będzie z nami rozmawiał. „Gdzie są rodzice”, pytał. Nie było ważne, że ja się chłopcem opiekuję. Chciał wiedzieć, czy mam to na „papierku”. Miał taką alergię, że mógł się w każdej chwili udusić. Gdyby trafił do szpitala, nie miałam prawa podpisać żadnych dokumentów – wspomina pani Anna. Dziadkowie zaczęli działać. W październiku 2006 roku wzięli udział w szkoleniach w PCPR w Gostyniu, a 6 grudnia dostali prezent na mikołajki. Sąd ustanowił ich rodziną zastępczą dla czteroletniego Pawła. – Na początku mieliśmy słaby kontakt z rodzicami wnuka. Teraz jest coraz lepiej – przyznaje kobieta. Mama Pawła, kiedy urodziła synka nie potrafiła się nim zająć, nie dojrzała do tego, aby być matką. - W tej chwili, to się zmieniło. To zasługa dziadków chłopca, którzy dążyli do tego, aby mama poczuła się mamą. Bycie rodziną zastępczą w sytuacji, kiedy opiekuje się swoim wnukiem, jest szalenie trudne. Bo pewnie serce boli, że moje dziecko nie umie sobie poradzić z wychowaniem swojego dziecka. Podziwiam tych ludzi, którzy byli w stanie stworzyć taką rodzinę – podkreśla Alicja Data z PCPR. Ciężar opieki przejęli więc dziadkowie, ale dzięki decyzji sądu, mają prawo reprezentować dziecko w szkole, u lekarza. – Wszędzie, gdzie chodzę, noszę ze sobą papiery – przyznaje pani Anna. Rodzina musiała zmierzyć się z jeszcze jednym problemem. – Słyszał od kolegów: „Ty nie masz mamy, tobie robi wszystko babcia”. Długo był z tym problem. Paweł nie mógł sobie z tym poradzić. Wszyscy się śmiali, bo mieli mamę i tatę, a on dziadka i babcię – wspomina pani Ania. Dodatkowe emocje w takich sytuacjach wywołują też różne święta, np: Dzień Mamy. Dziadkowie podjęli decyzję i zakończyli sprawę jednym posunięciem. – W Dzień Matki mąż przywiózł mamę do szkoły, poszła do klasy. I konsternacja, Paweł ma mamę. I się skończyło. Teraz dzieci wiedzą, mama jest daleko, on jest tu z dziadkami i koniec - mówi pani Anna.


Masz tę samą szansę
    Życie w rodzinie zastępczej, codzienne troski, to jedna strona medalu. Jest jeszcze druga, ciemniejsza. Rodziny twierdzą, że mają oparcie w sąsiadach, w szkołach, do których uczęszczają ich dzieci. Zdarzają się, że słyszą, nawet od najbliższej rodziny: „wzięliście dziecko dla pieniędzy”. – Cieszyłam się, że prawnie mogę wreszcie decydować o wnuku, pomóc w czasie choroby. A usłyszałam, że zrobiłam to dla pieniędzy, „bo przecież za to dostajesz pieniądze”. A to wcale nie tak – podkreśla pani Anna. Zrobili to dla tego dziecka, bo potrzebuje pomocy, opieki, troski i bezpiecznego domu, do którego może wracać. – Pokażę PIT z 2011 roku, ile zarabialiśmy zanim wzięliśmy dzieci i obaj pracowaliśmy, było nas tylko dwoje na utrzymaniu. Zarabialiśmy więcej, niż teraz, kiedy jest nas siedmioro w domu – mówi pan Marcin. Wspomina momenty, kiedy dziewczynki chorowały. W aptece, co tydzień zostawiał 200 zł. – Więc jeśli ktoś mi powie, że  zrobiłem to dla kasy, to ja odpowiem: „Idź do PCPR”, tam z miłą chęcią dadzą ci pieniądze, ale jeszcze w pakiecie dziecko. Masz tę samą szansę, co my. Ten, który patrzy przez kasę, jest idiotą i lepiej, żeby do PCPR nie przychodził – emocjonuje się pan Marcin. Alicja Data wylicza lekarzy do jakich z jednym z dzieci, dwumiesięcznym, musieli jeździć rodzice z pogotowia: kardiolog, neurolog, ortopeda, pediatra, rehabilitant, genetyk i neurochirurg dziecięcy. -  Nie da się przeliczyć pieniędzy na to, ile dziecko potrzebuje i odwrotnie. Pieniądze mają wspierać tę rodzinę na ile można – podkreśla Alicja Data. A rodzice zastępczy, tak samo jak biologiczni, szalejące szczęścia, kiedy dziecko lub dzieci pojawiają się w ich świecie. Dom wypełnia się nowym życiem, pojawiają się nowe mebelki, zabawki, książeczki kocyki a przede wszystkim pojawia się nadzieja na lepsze jutro.


*imiona dzieci zmieniono

 

 



Facebook