adopcja/rodzicielstwo zastępcze

Chcieliśmy adoptować jedno dziecko - jesteśmy rodzicami pięciorga...o tym jak \"samotne\" małżeństwo zostaje rodziną wielodzietną ;) (Dodano 2016-09-10 13:33:44)

Chcieliśmy adoptować jedno dziecko….jesteśmy rodzicami pięciorga! – o tym jak „samotne” małżeństwo zostaje rodziną wielodzietną.

 

Czasem, mimo wcześniejszych planów, los spłata nam figla… Oczywiście dzieje się tak poniekąd za naszym przyzwoleniem ponieważ, o ile na niektóre aspekty życia, o których mowa w blogu, nie mamy czasem żadnego wpływu (śmierć dziecka itp.) to fakt czy zostaniemy rodziną adopcyjną bądź zastępczą, zależy już w dużej mierze od nas samych. Musi być to jednak  nasza świadoma decyzja i musimy być jej w stu procentach pewni. Inaczej nie podchodźmy w ogóle do tego tematu, dajmy sobie czas.

Oczywiście naturalnym będzie fakt, że się boimy, czy podołamy, czy będziemy umieli pokochać to dziecko itd. Pytań, które będą nas nurtować w całym tym procesie będzie tysiące. Jednego natomiast musimy być pewni. Chcemy mieć dziecko, czy nie? Przed rozpoczęciem szkoleń, odpowiedzmy więc sobie na to pytanie i jeśli pierwszą myślą jaka przyjdzie nam do głowy, będzie TAK, zacznijmy procedury adopcyjne.

Odpowiedź na resztę pytań przyjdzie bowiem z czasem i te, które wydawały nam się najbardziej istotne, z czasem stracą na ważności. A kiedy pojawi się dziecko,  na pytanie typu: Czy będę je w stanie pokochać? od razu znajdziecie odpowiedź.

Nasza  historia zaczęła się właśnie od takiej deklaracji i po tragicznych przejściach, o których mowa w innych wpisach, postanowiliśmy rozpocząć szkolenia w ośrodku adopcyjnym.

Przyznam, że na pierwszym spotkaniu, zdziwił mnie wiek tam obecnych. Myślałam, że kursy rozpoczniemy w starszym gronie. Tym czasem w niewielkiej salce, wkoło owalnego stołu, siedziały młode małżeństwa, nawet bardzo młode.

Ponieważ przepisy mówią o tym, że starać się o dziecko mogą małżeństwa z co naj mniej pięcioletnim stażem, byłam przekonana, że nasz dziesięcioletni staż będzie wyznacznikiem większości par. Myliłam się jednak. Większość obecnych tam małżeństw, już na starcie wiedziała, że jedno z nich nie może mieć dzieci i wspólnie postawiła na adopcję.

Było też małżeństwo, grubo po czterdziestce, mające już odchowane dzieci z poprzednich związków i uparcie tkwiące w przekonaniu o adopcji kolejnych pociech. Krótko po odbyciu kursów, zostali oni szczęśliwymi rodzicami dwulatki i czterolatka.

Kursy trwały kilka tygodni i skończyły się wydaniem kwalifikacji na rodzica adopcyjnego.

Po ich zakończeniu, na własną rękę, do większości ośrodków adopcyjnych, w całej Polsce, rozesłaliśmy tzw. podania, zawierające krótką informację o nas samych, o naszej drodze zawodowej, pracy, jaką wykonujemy, warunkach bytowych i oczekiwaniach względem dziecka bądź dzieci.

Pamiętam, że napisałam w podaniu: myślimy o adopcji jednego bądź dwójki dzieci, określiłam też wiek dziecka, postanowiliśmy, że ma nie przekraczać trzech lat.

Telefon długo nie dzwonił w ogóle. Zdążyliśmy w międzyczasie skończyć kursy dla kandydatów na  rodziców zastępczych, ponieważ byliśmy święcie przekonani, że tą drogą będzie szybciej, łatwiej.

Kiedy Pcpr znalazł już dla nas dziewczynki, rozdzwoniły się telefony z ośrodków z całej Polski. Każdy natomiast niósł ze sobą informację o czwórce, trójce, a nawet pięciorgu maluchów.

Wcześniej udało nam się już spotkać z dziewczynkami, które miały do nas trafić i nie było już mowy, że zamieszka z nami ktoś inny.

Chęć posiadania dziecka, dzieci, była w naszym przypadku tak ogromna, że nie przerażał nas nawet fakt, że jest tych dzieci aż  trójka. Najstarsza, wtedy ośmiolatka, młodsza, trzylatka i mały trzynastomiesięczny brzdąc, którego widzieliśmy dopiero przy ostatniej wizycie, kiedy zabieraliśmy już dziewczynki do domu.

Dziewczynki do Pcpr przyprowadziła matka, ale nie miałam w tym dniu okazji z nią porozmawiać. Przyniosła niezbędne dokumenty dzieci, akty urodzenia, książeczki zdrowia itd.

Było też kilka ciuszków i zabawek.

W nowym domu czekał na nie pokoik, w urządzenie którego włożyłam całe serce. Był pełen zabawek, nowych mebli i ubranek. Do dziś pamiętam jednak jak jedna z dziewczynek, przez długi czas, po każdej zabawie, pytała mnie, czy musi oddać te zabawki a inna nie mogła zrozumieć, że to dla niej. Tylko najmłodsza, niczego nieświadoma, bez najmniejszych oporów, chwytała wszystko co się da, w swe malutkie rączki.

Zarówno ich proces adaptacji, jak i nasz, trwał kilka miesięcy. Z małżeństwa, które do tej pory mieszkało samotnie, staliśmy się nagle rodzicami trójki dziewczynek w tak różnym wieku. Nagle pojawił się maluszek, który jeszcze nie umie chodzić, zbuntowana trzylatka i ośmioletnia, wystraszona dziewczynka, w której głowie zdążyła się już zapisać niejedna karta.

Dziś to nie ta sama dziewczyna, ale wtedy, mając osiem lat,  była najbardziej przerażonym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałam. I wbrew pozorom, mimo swojego wieku, to ona wymagała wtedy najwięcej czasu i uwagi. I wymaga go do dzisiaj, czasem mam wyrzuty, że nie mogę jej go dać tyle, na ile zasługuje.

 Każda matka wielodzietna stoi na co dzień przed takimi właśnie dylematami. Bo jak podzielić swój czas by choć trochę zostało go dla każdego członka rodziny, nie mówiąc już o takich prozaicznych czynnościach jak sprzątanie, gotowanie, prasowanie, a przy tak licznej rodzinie, czasem te właśnie czynności potrafią przysłonić te najbardziej ważne.

W każdym razie, najstarsza dziewzynka, urzekła nas już od początku swoją odpowiedzialnością, dorosłością. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że wynika ona z ogromnego ciężaru emocjonalnego, który niosła na barkach za wcześnie.

Los doświadczył to dziecko ogromem cierpień, na które nie zasługiwała, nikt nie zasługuje. A ona, jadąc na pierwsze zakupy z moim mężem, kupiła mi kwiaty.

To dziecko całą drogę do nowego domu płakało za mamą, po czym jadąc wieczorem do sklepu, poprosiło męża by kupić mi kwiaty. W ten sposób chciała podziękować, że znalazła się u nas, ale cierpienie po rozłące z biologiczną mamą było tak wielkie, że do dziś ma swoje odzwierciedlenie niekiedy w jej zachowaniu. Ale to tez temat na oddzielny wpis.

Nikolka,  podczas podróży do nowego domu, zmeczona zasnęła. Zaniosłam ją do łóżeczka, spała "jak zabita". Pamiętam, że siedziałam przy niej całą noc. Bałam się, że gdy się obudzi, w nowym, nieznanym domu, będzie jeszcze bardziej przerażona. Tak się jednak nie stało. Ona po prostu wstała z łóżka i jakież było nasze zdziwienie, gdy z uśmiechem na ustach oznajmiła: „Idę się bawić”.

 Nigdy potem już  nie wspominała mamy. Na początku, zwracała się do mnie: ciociu. To trwało może ze trzy miesiące i nagle, nawet nie wiem dokładnie kiedy, powiedziała mama.

Olunie widzieliśmy po raz pierwszy w chwili, gdy zabieraliśmy ją do domu. Jeszcze dobrze sama nie stała na nóżkach, była raczej spokojna, ale niezbyt ufna.

Ze względu na to, że często przebywała w szpitalu (zapalenie oskrzeli), sama…. pojawiły się już u niej początki choroby sierocej. Odkładałam ją do łóżeczka a ona kiwała się do przodu i tyłu. Brałam ja wtedy na ręce i przytulałam jak mogłam najmocniej. Na początku odpychała mnie, z czasem nauczyła się, że nie chcę zrobić jej krzywdy. Od tej pory już codziennie zasypiała mi na rękach.

Z czasem też bardzo przylgnęła do mojego męża, a on dostał na jej punkcie dosłownego „bzika”. Do dziś Oluś to oczko w głowie taty.  Przyszła do nas mając trzynaście miesięcy, była jeszcze bardzo malutkim berbeciem, uczącym się dopiero podstawowych rzeczy. Dziś to sześcioletnia dziewczynka, która mimo swej skromności, potrafi pokazać charakterek. Zawsze śmieję się, że jest to efektem tzw. przyzwolenia Papajkowi (tak właśnie mówi na nią mąż) na wszystko, kiedy była jeszcze malutkim dzieckiem.

Po dwóch latach, do dziewczynek dołączyła ich najmłodsza siostra Ala, która urodziła się kiedy dziewczynki były już u nas dwa lata.

A kiedy minęły koleje dwa lata, pojawiła się   Zuza, nasza biologiczna córka….ale to już z kolei temat na kolejny wpis.

Odtąd jest nas siedmioro. Mamy jeszcze psa i kota ;) Jesteśmy zgraną babską drużyną z jednym rodzynkiem – tatą, który twierdzi, że posiadając wiatrówkę, dzielnie odeprze męskie natarcie, kiedy dziewczynki będą już dorosłe. ;)

W naszym domu jest gwarno i tłoczno, czasem zbyt głośno, ale nigdy nie żałowałam mojej decyzji. Dziewczynki to najlepsze co mnie w życiu spotkało i nie wyobrażam sobie już życia bez nich. Kiedy ich nie ma, w domu jest strasznie pusto….tak pusto, jak było jeszcze pięć lat temu, zanim trafiły do nas….

 

 

 

 

 

 

 

 





U dzieci po takich przeżyciach, jakich doświadczyły Dziewczynki, najtrudniej zdobyć zaufanie i wyrobić w nich poczucie bezpieczeństwa.... Tobie Aniu się to udało i to jest największym sukcesem ... Jesteś Wojowniczką (Data zamieszczenia: 2016-09-10 16:19:13)

Facebook