Archiwum

Artykuły o nas :) (Dodano 2016-09-11 22:29:58)

Artykuł opublikowany w numerze 35/2016 Życia Gostynia

- Często zastanawiam się nad rolą mamy, która jest najważniejsza. Kiedy myślę o słowie „mama”, to widzę moją mamę, kiedy umiera moje pierwsze dziecko. Budzę się w szpitalu po narkozie, a ona mnie trzyma za rękę. Ja mam taki jej obraz. Kiedy jej tak bardzo potrzebowałam, ona ze mną była. Bardzo chciałabym być taką mamą dla moich dziewczynek – przyznaje Anna.

Spotkałam się z dwoma wspaniałymi kobietami – Anią i Anetą, żeby porozmawiać o rodzinach zastępczych, rozwiać wątpliwości tych, którzy się wahają. Gdyby ktoś zastanawiał się nad tym czy stworzyć rodzinę dla dziecka, czy sobie poradzi, co powiedziałyby mu kobiety, które dały dom siedmiorgu poharatanym przez los maluchom? – Że nie ma co się za bardzo zastanawiać. Jeżeli komuś wpadnie taki pomysł do głowy, od razu przejść szkolenia, iść za pozytywnymi myślami, nie konsultować się z wieloma osobami, nie szukać dziwnych rzeczy w internecie. Nie ma się co bać – twardo stwierdza Aneta. I wie co mówi. Od 14. lat wychowuje w rodzinie zastępczej niezawodowej dwie dziewczynki. Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale przecież wychowanie dzieci łatwe nie jest. Spotkanie z mamami zastępczymi było pełne emocji, trudnych pytań i odpowiedzi. Wszystkie miałyśmy wiele razy łzy w oczach, ale też śmiałyśmy się. Jak to w życiu.

Pełna chata

Aneta rodzicem zastępczym jest od 2003 roku. Nie mieli z mężem biologicznych dzieci. Wzięli udział w pierwszym kursie organizowanym dla rodziców zastępczych i adopcyjnych w gostyńskim Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Przyjęli dzieci z Domu Dziecka w Bolesławcu. – Dziewczynki nie miały uregulowanej sytuacji prawnej, więc ta droga była szybsza dla ich dobra – wyjaśnia Aneta. Od 5 lat jest sama, po śmierci męża sama wychowuje dzieci. Od 3 lat jest też rodziną pomocową. To taka, która wspiera rodziny zawodowe i pogotowie opiekuńcze, np: kiedy mają urlop, wydarzy się jakieś zdarzenie losowe. Wówczas dzieci przyjeżdżają do niej. Tak było w te wakacje, kiedy w domu przebywało sześcioro podopiecznych. - Zawsze bardzo się cieszą, my również się cieszymy. W lipcu mieliśmy trzy dziewczynki z pogotowia opiekuńczego, a od stycznia opiekujemy się w rodzinie zastępczym 5-letnim chłopcem, który niebawem będzie adoptowany – mówi. Aneta używał słowa „my”, mając na myśli siebie i swoje dwie córki. Starsza w styczniu skończy 18 lat, młodsza za chwilkę 16 - jest dzieckiem z orzeczeniem o niepełnosprawności, upośledzeniem w stopniu lekkim, z FAS-em (alkoholowym zespołem płodowym), ADHD, wadami postawy, wadami różnych innych narządów. – Mamy więc troszeczkę więcej pracy przy Oli. Ale od września idzie do szkoły zawodowej, będzie się uczyć za cukiernika. Mimo swoich pewnych niedoskonałości doskonale sobie radzi – podkreśla mama. Aneta przyznaje, że decyzja o przyjęciu dzieci nie była trudna. – Była automatyczna. Człowiek zakłada rodzinę, pragnie mieć dzieci. Nie mogliśmy mieć biologicznych, usłyszeliśmy o szkoleniach i postanowiliśmy przyjąć dzieci. Myśleliśmy o jednym, ale okazało się, że są dwie siostry – wspomina. Na początku nie wiedzieli o niepełnosprawności młodszej. – W dzisiejszych czasach jest inaczej, ponieważ informacja o stanie zdrowia idzie za dzieckiem. Dawniej tak nie było. Przyjmowało się dziecko zdrowe, ważne, że ma dwie rączki, dwie nóżki. Dopiero później każdego dnia odkrywaliśmy nowe nieprawidłowości – przyznaje Aneta. Ola miała 3 latka, nie chodziła, nie mówiła, miała 9 kilogramów. Była malutka, chudziutka, wiecznie płacząca. Rodzice codziennie odwiedzali nowego specjalistę. – Odkrywaliśmy nowe sprawy, które trzeba było korygować - iksowate nóżki, zaburzenie równowagi, straszne migreny, które ma do dzisiaj, nietolerancja wielu pokarmów, ponieważ mimo trzech lat, karmiona była tylko mlekiem – wylicza. Czasem biologiczni rodzice mają problem z zaakceptowaniem niepełnosprawności swojego dziecka. Co myślała Aneta z mężem? - Od razu przyjęliśmy, że to są nasze dzieci – pada krótka, konkretna odpowiedź. – Jeśli ktoś na starcie wychodziłby z innego założenia, nie zaakceptowałby ich, to powinien zrezygnować. Trzeba dziecko przyjąć jak własne, bo potem niczego się na tym nie zbuduje – mówi Aneta.

Jesteśmy z nich dumne

Życie w rodzinie toczyło się i toczy normalnie. Czyli wiecznie jest pełno różnych niespodzianek, dużo radości. – Przecież dzieci przynoszą nie tylko trudności. Każde osiągnięcie jest dla nas olbrzymia radością, szczególnie u dziecka niepełnosprawnego, które miało nie jeździć na rowerku, miało nie robić wielu rzeczy, a tu nagle dziewczyna rośnie - przyznaje Aneta. Tłumaczy, że uczyli ja zawsze tego, co powinno umieć dziecko według wieku. - Nie zwracaliśmy uwagi na tę niepełnosprawność. Był etap na wiązanie butów – uczyliśmy to robić, na przedszkole, na jazdę na rowerze - tak szliśmy krok za krokiem. Trzeba było dłuższy czas poświecić, żeby daną rzecz wypracować, ale nie były one nierealne. Jeżeli chciała się uczyć, byliśmy zawsze chętni – mówi mama. Ola wyrosła na osobę, która poradzi sobie w życiu, a to było głównym celem rodziców – samodzielność. Starsza córka Kasia, jest dzieckiem nadaktywnym, ale bardzo zdolnym. W wieku 4 lat nie potrafiła jednak narysować prostej kreski. – Ale załapała bakcyla nauki. W wieku 6, 7 lat prześcigała wiedzą rówieśników. Rozpoczęła jednocześnie szkołę podstawową i muzyczną i doskonale sobie radziła – podkreśla mama. Obecnie należy do orkiestry dętej, a w domu rodzina ma kolekcję jej medali za osiągnięcia sportowe. – Jestem z nich bardzo dumna – mówi Aneta.

Na czym polega dom dziecka?

Śmierć męża była ciosem dla Anety i dziewczynek. Gdyby nie było dzieci, kobieta zostałaby sama. Dziewczynkom było trudno przejść przez okres żałoby. Pomógł PCPR, gdzie rodzina wzięła udział w szkoleniach, jak przeprowadzić dziecko przez okres straty. – Dużo nam to dało, tym bardziej, że mąż długo chorował, leżał w szpitalach, później pogrzeb. Po roku zmarła moja mama, więc weszliśmy w kolejny etap żałoby. Ale dałyśmy radę – podkreśla Aneta. Dodaje, że w działaniach wspiera ją cała rodzina, mogła i może liczyć na przedszkola, szkoły, poradnię psychologiczno-pedagogiczną. Ważne jest, aby przygotować dzieci na pytania środowiska, bo wiadomo, idą do piaskownicy, nasłuchają się od innych dzieci. Dziewczynki często były pytane wprost przez sąsiadów, dzieci: „Jak długo tu jeszcze będziesz?”, „A skąd jesteś?”, „Na czym polega dom dziecka?”. – Przygotowywaliśmy je, aby nie odbierać tego jako złośliwość, tylko jako ciekawość, niewiedzę. Nie ukrywaliśmy przed nimi, że nie są naszymi biologicznymi dziećmi – mówi Aneta.

Rozkochały ich w sobie

Ania przyznaje, że nie ma takiego dużego doświadczenia, jak Aneta, bo rodziną zastępczą są z mężem od 5 lat. Ich historię już opisywaliśmy na łamach „Życia Gostynia”. Jednak wtedy opowiadał ją tata. Teraz opowiedziała ją kobieta, która zdecydowała się zwierzyć z bardzo intymnych przeżyć. – Zanim zostaliśmy rodzicami zastępczymi straciliśmy trójkę swoich dzieci. Najpierw podjęliśmy decyzję o adopcji. Kursy zrobiliśmy w Lesznie, ale zainspirowała mnie moja przyjaciółka, która już była jakiś czas rodziną zastępczą. Trochę za jej namową, trochę za obserwacją tego, co się u niej dzieje, zdecydowaliśmy się – wspomina Ania. Zwłaszcza, że proces adopcyjny w Polsce, to długa procedura. – Byliśmy już długo małżeństwem i stwierdziliśmy, że damy dom dzieciom – mówi Ania. Skończyli kursy, zaznaczając, że przyjmą jedno, góra dwoje dzieci. Okazało się, że w PCPR Trzciance szuka domu dla trzech dziewczynek. Najstarsza miała wtedy 8 lat, średnia dwa i pół, najmłodsza 13 miesięcy. - To było dosyć spore wyzwanie. Powiem szczerze, że pojechaliśmy z taką niepewnością, ale tylko na to pierwsze spotkanie. Bo jak już zobaczyliśmy dziewczynki, to nas tak urzekły, rozkochały, że nie było mowy, że my ich do siebie nie weźmiemy – wspomina Ania. Po 2 latach okazało się, że biologiczna mama dziewczynek urodziła kolejną córkę. – Byliśmy wtedy na wakacjach w Zakopanem. Zadzwoniła do mnie i nakreśliła sytuację, która była po raz kolejny tragiczna dla tego dziecka. Poprosiła mnie o to, czy zabierzmy Zosię też do siebie. Musiałam mieć czas, żeby się zastanowić. Pamiętam, jak powiedziałam najstarszej córce, że urodziła się siostrzyczka. Miała wtedy 10 lat. Nawet nie zapytała, jak ma na imię tylko, czy jak tamci rodzice nie będą jej chcieli, to czy my ją weźmiemy. Pierwsza myśl, jaką mi wtedy serce podpowiadało, to, że tak, weźmiemy. Asia trafiła do nas, kiedy miała 2 miesiące – mówi Ania.

Nasza rola

Rodzina zastępcza ma przez cały czas kontakt z biologiczną matką dziewczynek. Ojciec zadzwoni do Anny raz, kiedy oddawał najmłodsze dziecko. – Oni tak się przeganiają. Jeden winę zrzuca na drugiego. Kiedy dzwonił, czułam, że się usprawiedliwia, że to nie jego wina, gdzie ewidentnie w sądzie dowiedziałam się, że jego. Mamę z kolei trochę usprawiedliwiam, bo jest strasznie nieporadna życiowo, tak, jakby rozmawiało się jeszcze z nastolatką. Jest strasznie od męża uzależniona, nie potrafi się od niego uwolnić. Wybiera życie z tym człowiekiem, a nie dzieci. Jest w kolejnej ciąży, tym razem ojcem jest ktoś inny – mówi Anna. Kobieta chce być dla dziewczynek mamą, na którą zawsze mogą liczyć. One wiedzą, że mają inną mamę - biologiczną. Te młodsze są za małe, żeby pamiętać, ale najstarsza dużo widziała. – Ale rozmawiamy o tym. Młodsze nie czują potrzeby kontaktu, kiedy mama dzwoni. Nie są z nią emocjonalnie związane, nie ma więzi. Wyrobiły je sobie przez te 5 lat ze mną. To ja jestem, kiedy są chore, kiedy potrzebują, kiedy trzeba do szkoły zaprowadzić. Tak sobie myślę wtedy, że matka tak bardzo była mi potrzebna w trudnych chwilach, kiedy już byłam dorosłą kobietą, więc jaką te dzieci, od matki poniekąd oderwane, jaką muszą mieć traumę. I tu jest nasza rola, żebyśmy tę matkę zastąpiły – stwierdza Anna. Jak mówi, dzieci odebrane, oddane przez rodziców, noszą olbrzymie brzemię odpowiedzialności. – Mam wrażenie, że to będzie się za nimi ciągnęło do końca życia. Może, jak wejdą w dorosłość, będą miały własne dzieci, trochę odpuszczą. Ale my je musimy nauczyć, jak te dzieci wychowywać, bo one tego z domu nie są nauczone. Nie wiedziały podstawowych rzeczy. Zabraliśmy je w za dużych butach. Nie wiedziały, co to banan, brokuł – wspomina Anna. Kiedyś poszły do supermarketu i córka chciała, aby ugotowały zupę pomidorową. Ania chciałam kupić pomidory, itd, a ona pokazała: „Tu jest na półce”. To była zupka chińska. Tak to funkcjonowało. Na obiad jadły makaron z jogurtem, zupę buraczkową, bo najtaniej. Nie wiedziały, jak się zachować w restauracji. Ośmiolatka przyszła do nowego domu ze smoczkiem i w pampersie, nie chodziła do przedszkola, szkoły. Mama spała do 12.00, więc nie miał, kto dziecka zaprowadzić. - Jestem dumna ze wszystkich moich dzieci, ale najbardziej z najstarszej. Miała najbardziej traumatyczne przeżycia i je pamiętała. Musiała sobie poradzić ze zmianą otoczenia – przyznaje kobieta. Dziewczynka, po telefonach od mamy, potrafi się zamknąć w sobie na kilka godzin.

Jak wychowywać?

Dzieci oddawane rodzinom zastępczym, do adopcji, czy placówki, nie wiedzą często, co to są posiłki, nie umieją ich nazwać, nie rozumieją dlaczego teraz wszyscy siadają do stołu i razem jedzą. – To wszystko trzeba w dzieciach wyregulować. Stałą godzinę snu, ogólną rutynę, która naprawdę działa cuda, Jeżeli wprowadzi się rutynę i konsekwencję, naprawdę nie ma się czego bać. Dzieci są dzieci są tego bardzo chłonne. To daje im poczucie bezpieczeństwa – podkreśla Aneta.

Jej dzieci są w zupełnie innej sytuacji. Matka biologiczna nie chce kontaktu z córkami. Jest w nowym związku, ma dziecko. Dziewczynki utrzymują za to kontakt ze starsza siostrą. – Moja starsza córka przejmowała odpowiedzialność za całą rodzinę. Cały czas obserwuje, nie tyle, co się dzieje z mamą, ale czy jest w stanie zajmować się najmłodszą córką i czy w razie czego, weźmiemy ją także do siebie. Cały czas obie czuwają – przyznaje Aneta. Jednak, co bardzo ważne, dziewczynki w obu przypadkach czują się w rodzinach bezpiecznie. – Jesteśmy rodziną. Rodziny zastępcze wyróżnia od placówki to, że dzieci nie są tylko zaopiekowane, ale są kochane. problemy same się nie rozwiązują, ale jest je pokonać łatwiej – mówią zgodnie kobiety.

Nie mam pretensji, żalu

To normalne rodziny, jednak nie do końca. Te matki zderzają się często z takimi sytuacjami, o których normalna matka nie ma przecież pojęcia, nie musi się z nimi mierzyć. Jedną z nich są właśnie „tamci rodzice”. – Żebyśmy my były spokojne, to trzeba fakt, że jest tamta mama po prostu zaakceptować. My się czujemy mamami od pierwszego dnia - przyznaje Ania. Starają się dwa razy w roku dzieci zabierać na wakacje. Są wtedy bardzo szczęśliwe. – Kiedy wysyłam zdjęcia z eskapad ich mamie, jest wdzięczna. Nie mam do niej pretensji, ani żalu, bo nie można tej relacji budować na takim uczuciu. Trzeba pełnej akceptacji. Wiem, że z tych wszystkich możliwości, które miała, wybrała dobrą – mówi Anna. Takie podejście pozytywnie wpływa na dzieci. – Niczego nie zbuduje się na niechęci do rodziców biologicznych – zauważa Ania. - Muszą ich szanować, bo dzięki nim są na świecie – dodaje Aneta. Są zazdrosne o tych rodziców? - Absolutnie nie. Może na to wszystko patrzę oczami tych dzieci troszeczkę, ponieważ nie wychowywali mnie rodzice, tylko babcia. Byłam dziesiątym dzieckiem w rodzinie – mówi. Czy bały się, że matki biologiczne zechcą odebrać im dzieci? – Przyznam szczerze: bałam się bardzo. Chociaż wiedziałam, że mam od niej zielone światło, że takiej sytuacji nie będzie, ale mimo wszystko. Z tym trzeba się zmierzyć, w głowie poukładać – przyznaje Ania. Dwa lata temu na świecie pojawiło się biologiczne dziecko małżeństwa, kolejna dziewczynka! – Obawiałam się reakcji dziewczynek. Byłam pozytywnie zaskoczona. Przyjęły, ją jak siostrę. Najstarsza jest bardzo opiekuńcza do niej. Jesteśmy teraz jedną wielką rodziną, nagle jest nas siedmioro! Nie wyobrażam sobie, że miałoby zabraknąć któregoś z dzieci – podkreśla Ania. Dodaje, że dziewczynki były dla małżonków lekiem na zło, które ich wcześniej spotkało. – Tym bardziej przyjęliśmy je, jako swoje – mówi Ania.

Nie mogę sobie odpuścić

Matki podkreślają, że nie można patrzeć na przeszłość dziecka, bać się bagażu, jakie niesie ze sobą. – Jego życie, to pusta kartka, którą będziemy zapisywać – tłumaczy Aneta. Często są obawy o geny, alkoholizm rodziców, nawyki. – To nieprawda. Tak jak my to dziecko wychowamy, takie to dziecko będzie. Na sto procent mogę to powiedzieć, mam dzieci od 14 lat. Zdecydowanie wychowanie przeważa nad genami, tylko trzeba przyjąć dziecko z otwartymi ramionami. Dać im dobre rzeczy, ale nie na zasadzie wynagradzania krzywdy, którą przeżyło - bo jest biedne i nieszczęśliwe, więc teraz będzie mu wszystko wolno – skakać po stole, jeść lody na kolacje. Nie tędy droga. Konsekwencja i rutyna – tego dziecku trzeba, kiedy stawiamy mu granice, czuje troskę – podkreśla Aneta. Te dzieci muszą też wiedzieć, że nawet jeśli powinie im się noga, powielą jakieś scenariusze, wtedy mogą na rodziców liczyć. – Pod domem zawsze stoją dwie ciężarówki z cierpliwością, którą uzupełniamy – śmieje się Aneta. – To nie jest tak, że to nie są moje biologiczne dzieci, więc zawsze mogę sobie odpuścić. Nigdy nie odpuszczamy. Moje nastolatki, czasem chciałyby więcej – dłużej być z kolegami, itd. Mówią mi: „Inni mogą, dlaczego nie ja?”, a ja odpowiadam: „Bo cię kocham i się o ciebie troszczę”. „A możesz mnie kochać trochę mniej?”. Odpowiadam, że nie mogę – mówi Aneta.

Blog

Anna, polonistka z wykształcenia, już niedługo zacznie pisać bloga. Chce pisać do osób, które chciałyby być rodzinami zastępczymi, ale też do matek, które, jak ona, straciły swoje dzieci. – Dużo matek potrzebuje wsparcia. Wiem sama po sobie, jak to jest kiedy traci się dziecko. Chciałabym wykorzystać moje doświadczenie i pomóc innym przejść przez okres żałoby - mówi. Ania chce zachęcać do tworzenia rodzin zastępczych. – Bo widzę, jaką radość, szczęście to daje – podkreśla. Namawia do podjęcia decyzji swoje koleżanki. – Jeśli uda mi się choć jedną rodzinę namówić, dać dom jednemu dziecku, to będzie sukces – dodaje. Obie kobiety przekonują, że procedury założenia rodziny zastępczej nie są trudne. – To sympatyczne spotkania przy kawie, w fajnym gronie – wyjaśniają. Nie trzeba też być bogatym. Zwykła rodzina jest sobie w stanie poradzić, zwłaszcza, że na start dziecko dostaje od państwa wyprawkę. Jedna osoba musi pracować. – Im więcej rodzin zastępczych, tym mniejsze cierpienie dzieci - przekonują.

Mama

Znajomi pytają Ani często czy nie przeszkadza jej, że najstarsza dziewczynka mówi do niej „ciociu”, pozostałe mówią „mama”. – Nie przeszkadza mi to. Śmieję się, że jestem mamą-ciocią. Rozmawiałam z nią kiedyś o tym, przyznała, że tęskni za mamą. Obiecałem, kiedy będzie miała 18 lat i zechce, sama zawiozę ją do niej. Uspokoiła się. Te dzieci przeszły więcej, niż niejeden człowiek dorosły przez całe życie. O tym trzeba pamiętać – mówi Ania. dziewczynka kilka miesięcy temu przeszła operację. Przy starszych dzieciach w szpitalu rodziców nie ma, jednak w dniu zabiegu Anna nie wytrzymała i pojechała. – Pani, która była przy małym synku powiedziała do mnie: „Wie pani co, a córka mówiła, że jak przyjdzie jej mama, to jest taka kobieta w ciemnych dłuższych włosach”. Byłam wzruszona, że powiedziała o mnie „mama”. Może na co dzień też by chciała, ale jest lojalna wobec tamtej mamy, a przy obcych pozwoliła sobie – zwierza się Ania. Opowiada, jak wspaniałe są dziewczynki. – Ostatnio jedna przybiegła do mnie z narysowanym ogromnym sercem. „Mamo jesteś stworzona dla nas!” powiedziała. Te wszystkie dowody miłości przypinam na tablicy w kuchni. Jestem z nich dumna! – podkreśla mama, która jako młoda kobieta planowała jedno, góra dwa dzieci. Teraz ma ich pięcioro i jest szczęśliwa. U Anety w domu zawsze przygotowane jest łóżeczko, także piętrowe. Nie wydaje żadnych ciuszków, maskotek. Wszystko musi być gotowe dla dzieci.

*imiona dzieci zmieniono

Jak zostać rodziną zastępczą?

Warsztaty dla rodziców zastępczych i tych, którzy chcą nimi zostać organizuje w powiecie gostyńskim Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Gostyniu. Chętni do udziału w warsztatach proszeni są o zapisywanie się na wybrane przez siebie szkolenia w PCPR w Gostyniu w Dziale Pomocy Dziecku i Rodzinie - osobiście w siedzibie przy ul. Nowe Wrota 7 w Gostyniu lub telefonicznie pod nr tel. 65-572-75-28 lub 603-533-381.

 

Artykuł opublikowany w numerze 53/2015 Życia Gostynia

 

- Te dzieci są nasze – tak mówią rodzice zastępczy o maluchach, którymi się opiekują. W powiecie gostyńskim funkcjonuje 49 takich rodzin. Ich status jest różny – jedne zajmują się dziećmi zawodowo, drugie niezawodowo, inne są pogotowiem opiekuńczym, jeszcze inne są rodzinami spokrewnionymi. – Może się wydawać, że to sporo, ale ciągle takich rodzin brakuje. Chciałabym, aby kandydatów było coraz więcej. Nawet, jeśli dziecko będzie w takiej rodzinie na krótko, to ona da mu coś, z czego będzie mogło czerpać na przyszłość. Nawet, jeśli będą to tylko 2, 3 lata, wychowanek będzie mógł zobaczyć trochę inny świat – przekonuje Alicja Data, kierownik działu pomocy dziecku i rodzinie w gostyńskim PCPR. Idea rodzin zastępczych jest taka, że opieka ma być do czasu, aż rodzic biologiczny nie poprawi swojej sytuacji, na tyle, że dziecko będzie mogło do niego wrócić. Co czują rodzice zastępczy? Czy łatwe jest wychowanie nie swoich biologicznie dzieci?

Anna i Marcin (rodzina zastępcza niezawodowa)
    Po ich domu biega pięć energicznych dziewczynek: Zosia, Kasia, Agata, Paulina i Olga. Mają 13, 7, 5 i 3 lata oraz 11 miesięcy. Tylko jedna z nich, najmłodsza jest biologicznym dzieckiem małżeństwa. - Nie mogliśmy mieć  swoich dzieciaczków. Chcieliśmy być rodziną adopcyjną, ale to długo trwało, ślimaczyło się. W końcu trafiliśmy do PCPR. I się zaczęło. Najpierw szkolenia. Już w ich trakcie poznaliśmy trzy dziewczynki. Potem długo była cisza, bo sąd nie podejmował decyzji i nagle telefon w piątek popołudniu, czy decydujemy się, czy przyjeżdżamy po dzieci, czy mają je odwieść do domu dziecka?– wspomina pan Marcin. Podróż do domu była trudna. Kasia, kiedy zobaczyła samochód, zaczęła rozdzierająco płakać. Kiedy auto ruszyło, dziewczynka uspakajała się, kiedy stawało na światłach, krzyczała. I tak przez 200 kilometrów. Trzecia z dziewczynek nie mieściła się w nosidełku, było jej niewygodnie, więc pani Ania tuliła ją na przednim siedzeniu. – Mówię, jak nas zatrzymają, to nas zamkną. Dzisiaj się z tego śmiejemy, ale wtedy nie było nam do śmiechu – przyznaje pan Marcin. Na miejscu okazało się, że Kasia pije tylko mleko z kartonika i że kupione pampersy są za małe. – Pojechałem o 22.00 z 8-letnią Zosią to Tesco. Pierwsze, co zrobiła, jak weszliśmy do marketu, zabrała kwiaty dla Ani – opowiada. Dziewczynki na szczęście przespały całą noc, w przeciwieństwie do rodziców. Jak to jest nagle mieć w domu 3 dzieci? - Tak jakby się wykąpać w studni. Trzy naraz spadają, a nie ma się bladego pojęcia o wychowaniu. Żona trzy miesiące chodziła do tyłu, jak rak. Była blado-zielona, nieprzespane noce. Dziewczynki też bardzo to przeżywały. Mnie nie było, bo pracowałem – opowiada pan Marcin. Jednak podkreśla, że dzieci są spokojne, ułożone, bez żadnych problemów. Bardzo dużo pomagały, zwłaszcza Zosia, najstarsza. – Jak się dostaje małego psa, to się mu kupuje karmę. A jak małe dziecko, to nie wiadomo, co chce, herbatę, mleko.  Nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć, jak tego dzieciaka całe życie nie znałeś? – przyznaje. Co z emocjami? Przecież nagle w domu mieszkają obce dzieci? - To się czuje w dniu, kiedy się je pierwszy raz zobaczy. To nie są misie w sklepie - bierzemy i oddajemy. Po prostu trzeba decyzję podjąć, jak się te dzieciaczki spotyka pierwszy raz. Nie robić sobie nadziei, że się pojedzie drugi, czwarty, dziesiąty raz i w końcu się je pokocha. Moje zdanie jest takie, że tak się nie da. Tak samo jest z miłością, bo to jest miłość. Nie traktujemy z żoną tych dzieci, jak nie nasze. One wszystkie są nasze, tak samo muszą być traktowane. Jak zajeżdża się do takiego ośrodka i przychodzi Kasia z palcem w buzi, Zosia płacze, kolejna ma za duże buty na nogach, to jest koniec świata, serce się kroi. Trzeba je brać stamtąd i koniec i kocha się jak swoje. Dla mnie nie ma różnicy, one są wszystkie nasze i niech tak zostanie - podkreśla pan Marcin. Małżeństwo tak „zapatrzyło się” w siostry, że prawie rok temu przyszła na świat ich biologiczna córka. Rodzeństwo raczej nie wróci do biologicznych rodziców. - Nie chcę kwalifikować rodzin. Może jest tak, że niektóre naprawdę się gubią i trzeba zabrać na jakiś czas dzieci. Kiedy wszystko się ustabilizuje, wrócą – mówi pan Marcin. Jednak w tym przypadku szansa na to jest minimalna. Ojciec rzucał najmłodszą, wyrządzał dużo krzywdy psychicznej i fizycznej. Matka sama oddała dziewczynki, kiedy mąż był w więzieniu, jakby chciała je chronić. Jest szczęśliwa, że trafiły do dobrego domu. – To osoba o dziecinnym usposobieniu. Podczas widzeń zachwyca się, że dziewczynki są pięknie ubrane, nie pytała, jak się czują. Ale podziękowała rodzicom zastępczym. Mimo że jest osobą, której nie zbywa, przywiozła czekoladę, rzuciła się pani Ani na szyję, ucałowała i dziękowała, że dzieci są u nich – wspomina Alicja Data. Kiedy urodziła najmłodszą córkę, zadzwoniła do rodziny zastępczej i zapytała, czy wezmą kolejne dziecko, aby siostry były razem. Zresztą najstarsza już wcześniej pytała o to, co rodzice zastępczy zrobią, jeśli mama odda maleństwo? - I co temu dziecku odpowiedzieć? – pyta retorycznie pan Marcin. Czy trudno jest wymagać od dzieci, które tyle przeszły? - Od nich trzeba wymagać. Trzeba im też dać, a one wtedy oddadzą dobrym. Jedne szybciej, drugie później. Każde dziecko jest inne. Mamy cztery siostry. Jedna budziłaby się koło południa, druga ma ogień w oczach. Do każdej trzeba inaczej podejść – opowiada pan Marcin. Kasia sama nauczyła się czytać, natomiast najstarsza, 8-latka, która powinna iść do szkoły, nigdy nie była w przedszkolu. Miała poważne zaległości, nie znała literek, kolorów. Na szczęście pani Ania jest nauczycielką, więc pierwsze wakacje w nowym domu były dla dziewczynki bardzo intensywne. – To są chwile, które pamięta się do końca życia – przyznaje pan Marcin.


Irena i Marek (pogotowie rodzinne)
    Historia pierwszego dziecka była kluczem do sukcesu tej rodziny zastępczej. Małżeństwo miało już troje dorosłych, samodzielnych dzieci. Pan Marek pracował, raczej nie zajmował się nimi. Zawsze była teściowa, która pomagała. W kwietniu 2010 roku z PCPR zadzwoniła Alicja Data, że jest do odebrania dziecko. Wcześniak, 3 miesiące, 2 kilogramy. Kiedy się urodził miał 950 gramów. Jaś nie miał żadnych rokowań na przeżycie. Zapakowanego w „pudełko” przewieziono do szpitala w Poznaniu, tam przywrócono go do życia. – Miał dużą chęć do życia. Przywieźliśmy go w piątek, żona pracowała. Przyszło mi w poniedziałek zostać z maleństwem samemu w domu. Strach chwycić na ręce, a co dopiero przewinąć, nakarmić. Ale jakoś sobie z Jasiem daliśmy radę – wspomina pan Marek. Rodzice jeździli z nim od lekarza, do lekarza. Okazało się, że jest niewidomy – retinopatia wcześniaków (odczepienie siatkówki). Przeszedł 5 operacji. Trzeba było go uczyć wszystkiego, każdego ruchu, bo nie widział. – Lipiec, upał, a ja z przodu przesuwam mu ręce, żona z tyłu, nogi. Uczyliśmy raczkować, przewracać z boku na bok, na brzuszek. Konieczna była też rehabilitacja, która trwała po 3, 4 godziny dziennie. Często były to bolesne ćwiczenia - palec wkłada się pod żebra i głęboko uciska, żeby wzbudzić pracę mięsni i nerwów. Dziecko płacze, a tu trzeba ćwiczyć. Płakaliśmy razem z nim – przyznaje mężczyzna. Zaraz po Jasiu trzeba było zająć się 1,5 rocznym Kubusiem, ze szpitala odebrać malutką Alicję. - To tak, jakby trojaczki urodzić, przy czym każde ma inne potrzeby – mówi pan Marek. W pogotowiu rodzinnym dzieci zostają do czasu uregulowania sytuacji prawnej, czasami nawet ponad dwa lata. Co czują rodzice, kiedy muszą je oddać?  - To trudne. Jeśli jest u nas bardzo krótko, nie przywiążemy się aż tak bardzo. Jeśli jeszcze trafia w dobre ręce, to jakoś lżej. Jednak łzy są. Z Jasiem, to była tragedia – przyznaje pan Marek. Kiedy decydował się z żoną na stworzenie rodziny zstępczej, ich biologiczne dzieci nic nie mówiły, ale podchodziły do tego sceptycznie. – A jak przyszło się po 2 latach z Jasiem żegnać, to był ogólny płacz w całej rodzinie. Jasiu do dzisiaj jest naszym, teraz już trzecim wnuczkiem. Mamy z nim stały kontakt, trafił do rodziny zastępczej, a docelowo do adopcji – mówi pan Marek. Chłopiec ma już 6 lat. Gra na pianinie, jeździ na rowerze, chodzi samodzielnie bez laski. To wszystko kwestia rehabilitacji i odpowiedniej stymulacji, że potrafi w tym świecie, który się zmienia, sobie radzić. Pięć operacji niewiele dało. Jedno oko jest martwe, a w drugim jest delikatne poczucie światła. Lekarze twierdzą, że z medycznego punktu widzenia, chłopiec nie widzi. – A Jaś rozpoznaje kolory, kształty. Kiedy pani profesor położyła przed nim na podświetlanym stolemisia, Jaś przyjrzał się uważnie zza okularów i powiedział: „Żółty miś”. Jaś nauczył mnie słuchać, co się dzieje w otaczającym świecie – mówi pan Marek. Do rodziny trafił później brat Jasia, Maciuś. Miał 7 miesięcy, kiedy mama porzuciła go w Bonifraterskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Stanęła przed lustrem z dzieckiem na ręku i powiedziała: „Widzimy się po raz ostatni” i poszła. Aktualnie rodzice opiekują się trojgiem rodzeństwa. Powroty tych dzieci do rodziców biologicznych czasem są udane, a czasem nie. Pogotowie daje im szansę na normalność. Jednak pan Marek twierdzi, że to niestety kolejna trauma, kolejne porzucenie. - Tu znalazły oparcie, stabilność, mają dom, mieszkają, jesteśmy dla nich rodziną, a potem znowu są oddawane.  To dla nas bardzo trudne – przyznaje. Jednak w przypadku Ireny i Marka problemem, aby zostać rodziną zastępczą był wiek. Kiedy zdecydowali się na swoją rolę, mieli po 50 lat.


Anna i Tomasz (rodzina zastępcza spokrewniona)
    Razem z mężem jest rodziną spokrewnioną dla swojego wnuka. Opiekują się chłopcem od jego urodzenia. Paweł ma już 14 lat, chodzi do gimnazjum. Uczy się dobrze. Kocha piłkę nożną, jazdę rowerem. Jest ministrantem i harcerzem. – Od małego bardzo chorował. Jest alergikiem. Poszliśmy do lekarza, który powiedział nam, że nie będzie z nami rozmawiał. „Gdzie są rodzice”, pytał. Nie było ważne, że ja się chłopcem opiekuję. Chciał wiedzieć, czy mam to na „papierku”. Miał taką alergię, że mógł się w każdej chwili udusić. Gdyby trafił do szpitala, nie miałam prawa podpisać żadnych dokumentów – wspomina pani Anna. Dziadkowie zaczęli działać. W październiku 2006 roku wzięli udział w szkoleniach w PCPR w Gostyniu, a 6 grudnia dostali prezent na mikołajki. Sąd ustanowił ich rodziną zastępczą dla czteroletniego Pawła. – Na początku mieliśmy słaby kontakt z rodzicami wnuka. Teraz jest coraz lepiej – przyznaje kobieta. Mama Pawła, kiedy urodziła synka nie potrafiła się nim zająć, nie dojrzała do tego, aby być matką. - W tej chwili, to się zmieniło. To zasługa dziadków chłopca, którzy dążyli do tego, aby mama poczuła się mamą. Bycie rodziną zastępczą w sytuacji, kiedy opiekuje się swoim wnukiem, jest szalenie trudne. Bo pewnie serce boli, że moje dziecko nie umie sobie poradzić z wychowaniem swojego dziecka. Podziwiam tych ludzi, którzy byli w stanie stworzyć taką rodzinę – podkreśla Alicja Data z PCPR. Ciężar opieki przejęli więc dziadkowie, ale dzięki decyzji sądu, mają prawo reprezentować dziecko w szkole, u lekarza. – Wszędzie, gdzie chodzę, noszę ze sobą papiery – przyznaje pani Anna. Rodzina musiała zmierzyć się z jeszcze jednym problemem. – Słyszał od kolegów: „Ty nie masz mamy, tobie robi wszystko babcia”. Długo był z tym problem. Paweł nie mógł sobie z tym poradzić. Wszyscy się śmiali, bo mieli mamę i tatę, a on dziadka i babcię – wspomina pani Ania. Dodatkowe emocje w takich sytuacjach wywołują też różne święta, np: Dzień Mamy. Dziadkowie podjęli decyzję i zakończyli sprawę jednym posunięciem. – W Dzień Matki mąż przywiózł mamę do szkoły, poszła do klasy. I konsternacja, Paweł ma mamę. I się skończyło. Teraz dzieci wiedzą, mama jest daleko, on jest tu z dziadkami i koniec - mówi pani Anna.


Masz tę samą szansę
    Życie w rodzinie zastępczej, codzienne troski, to jedna strona medalu. Jest jeszcze druga, ciemniejsza. Rodziny twierdzą, że mają oparcie w sąsiadach, w szkołach, do których uczęszczają ich dzieci. Zdarzają się, że słyszą, nawet od najbliższej rodziny: „wzięliście dziecko dla pieniędzy”. – Cieszyłam się, że prawnie mogę wreszcie decydować o wnuku, pomóc w czasie choroby. A usłyszałam, że zrobiłam to dla pieniędzy, „bo przecież za to dostajesz pieniądze”. A to wcale nie tak – podkreśla pani Anna. Zrobili to dla tego dziecka, bo potrzebuje pomocy, opieki, troski i bezpiecznego domu, do którego może wracać. – Pokażę PIT z 2011 roku, ile zarabialiśmy zanim wzięliśmy dzieci i obaj pracowaliśmy, było nas tylko dwoje na utrzymaniu. Zarabialiśmy więcej, niż teraz, kiedy jest nas siedmioro w domu – mówi pan Marcin. Wspomina momenty, kiedy dziewczynki chorowały. W aptece, co tydzień zostawiał 200 zł. – Więc jeśli ktoś mi powie, że  zrobiłem to dla kasy, to ja odpowiem: „Idź do PCPR”, tam z miłą chęcią dadzą ci pieniądze, ale jeszcze w pakiecie dziecko. Masz tę samą szansę, co my. Ten, który patrzy przez kasę, jest idiotą i lepiej, żeby do PCPR nie przychodził – emocjonuje się pan Marcin. Alicja Data wylicza lekarzy do jakich z jednym z dzieci, dwumiesięcznym, musieli jeździć rodzice z pogotowia: kardiolog, neurolog, ortopeda, pediatra, rehabilitant, genetyk i neurochirurg dziecięcy. -  Nie da się przeliczyć pieniędzy na to, ile dziecko potrzebuje i odwrotnie. Pieniądze mają wspierać tę rodzinę na ile można – podkreśla Alicja Data. A rodzice zastępczy, tak samo jak biologiczni, szalejące szczęścia, kiedy dziecko lub dzieci pojawiają się w ich świecie. Dom wypełnia się nowym życiem, pojawiają się nowe mebelki, zabawki, książeczki kocyki a przede wszystkim pojawia się nadzieja na lepsze jutro.


*imiona dzieci zmieniono

 

 





Bardzo mądra z Pani Kobieta. (Data zamieszczenia: 2017-12-12 10:25:27)



My stracilismy coreczke w miesiacy ciazy :( (Data zamieszczenia: 2017-11-16 13:51:10)



Piekna dziewczyna wspaniala opowiesc tylko szkoda ze nie z happy endem az żal :( Jest teraz pieknym Aniolem :) (Data zamieszczenia: 2017-11-16 13:49:33)



.. złoszczę sie że jest 1 listopada .. złoszczę że jest dzień dziecka .. nienawidzę dnia matki.. Aniołkowa mama brzmi tak dumnie ... Jednak nie pomaga w złości żalu i smutku który noszę w sobie .. już 4 lata .. a boli bardziej i bardziej ... Jonasza nie ma a ja codziennie muszę udawać że daje radę.. że trzeba żyć dalej .. że czas leczy rany ... Uśmiechać .. gdyby nie osoby które są przy mnie .. które są pomimo że straciłam wiare w ludzi .. już by mnie nie było .. bo masz rację .. Aniolkowe mamy nie boją się śmierci ... Pozdrawiam Aniu.. i dziękuję za te piękne słowa.. tak bardzo moje... (Data zamieszczenia: 2017-11-01 11:17:57)



Życzę zdrowia i spełnienia wszystkich marzeń zwłaszcza daru potomstwa. Jestem pełen podziwu dla Pana. Powodzenia dla całej Waszej rodziny Panie Zbyszku! (Data zamieszczenia: 2017-10-23 07:01:49)



Powodzenia i ściskam mocno :) (Data zamieszczenia: 2017-10-13 18:50:56)



Tak, pomimo przeróżnych perypetii, nadal jest ... (Data zamieszczenia: 2017-09-09 23:05:24)



Co z najmłodszą dziewczynką, bo widzę, że wpis jest z zeszłego roku? nadal jest przy biologicznej matce? (Data zamieszczenia: 2017-09-09 14:57:16)



Bardzo dobry artykuł. Życzę Pani wszystkiego dobrego. (Data zamieszczenia: 2017-09-06 03:52:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:43:43)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:24:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:20:43)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:10:12)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:07:47)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:40:24)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:25:49)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:14:01)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:59:53)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:57:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:47:24)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:43:57)



Bardzo mądre słowa, szkoda, że tak niewielu "nieaniołkowych" próbuje to zrozumieć. Prawie dwa lata temu moja koleżanka (teraz mogę chyba powiedzieć przyjaciółka) straciła, nagle, z dnia na dzień, dwuletniego synka. Nikt z dotychczasowych przyjaciół nie potrafił się zachować w tej sytuacji więc zwyczajnie się odsunęli. Byłam jedyną osobą spoza rodziny, która przychodziła płakać i wspominać z nią, odwiedzać grobik. I tak niestety pozostało. Nigdy nie zapomnę tego wszystkiego co widziałam i słyszałam. Takiego bólu i rozpaczy nie da się opisać. A ludzie tego nie rozumieją, nie potrafią zrozumieć co strata dziecka oznacza, to jak śmierć za życia. I jeszcze te okoliczności, winni są lekarze, którzy ich zlekceważyli. Kazali czekać. Dziecko zmarło.praktycznie na rękach matki. Reanimacja już nic nie dała. A winnych nie ma do tej pory. Nasz system "sprawiedliwości" to kpina. Na dzień dzisiejszy moja przyjaciółka ubiera maskę i brnie przez codzienność. Ale to już nie jest prawdziwe życie. Wszystko się przewartościowało, ludzie odeszli, ona już nie jest tą samą osobą. Ma wsparcie najbliższej rodziny, męża, który jest naprawdę wspaniały. Ja sama jestem mamą trójki wspaniałych dzieciaków. Nie wiem co bym bez nich zrobiła. Sama myśl paraliżuje bólem. Całym sercem jestem z wszystkimi aniołkowymi rodzicami. Człowiek czuje się taki bezradny gdy nie można nic zrobić żeby ukoić ból. Wszystkim, którzy nie wiedzą jak się zachować w takiej sytuacji polecam Listę życzeń osieroconych rodziców. Mi bardzo pomogła. (Data zamieszczenia: 2017-08-25 09:35:43)



Witam (Data zamieszczenia: 2017-08-04 09:10:55)



Przepiękny jest Twój blog. Marzę o stworzeniu takiej rodziny jak Twoja i z każdym słowem na tym blogu przekonuję się że rodzicielstwo zastępcze to będzie także moja droga. (Data zamieszczenia: 2017-07-20 17:08:22)



Przeżyłam dokładnie to samo rodziłam martwego syna i mama trzymała mnie za rękę.. (Data zamieszczenia: 2017-05-25 19:40:57)



;( Eh ... ....... ....... . (Data zamieszczenia: 2017-05-14 18:47:26)



Łzy same płyną po policzku czytając historię pani Karoliny jakbym widziała przed oczami akcje kiedy ratowano mojego syna na ktg u położonej słychać małego tętno słychać za chwilę nachodzi moje małego już nie słychać położna nie daje rady zrobić zapisu ktg kieruje mnie do szpitala na ktg przyjeżdżam czekam na izbie przyjęć wchodzę na dole do pielęgniarki słucha tetna przez chwilę kę słyszę potem szuka i nie może znaleźć kieruje na oddział tam kładę się na łóżko podlaczaja ktg nic nie słyszę momentalnie biegnie pielęgniarka za nią lekarz przez korytarz nie patrząc na nic jadą że mną na cc w tym momencie myślę tylko o tym aby uratowali moje dziecko jestem na stole znieczulenie ogólne a ja i tak słyszę i czuję delikatny ból podczas operacji i słyszę płacz synka budzę się już na sali widzę męża pytam co z małym mówi podają mu tlen ale wszystko z nim dobrze kamień z serca przynoszą mi kruszynke 2960 i 53 cm malutka glowka pełna ciemnych włosków kładą mi go na piersi jestem szczesliwa (Data zamieszczenia: 2017-05-13 23:58:16)



Współczuję wam. A tego pseudo lekarza powinni tez tak potraktować. Zwykły śmieć. (Data zamieszczenia: 2017-05-11 20:59:03)



(Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:47:17)



<3 :( (Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:34:31)



Z całego serca potwierdzam! Kochana Pani Zosia (współpracowniczka we wspólnie spędzonych latach w RTG) człowiek z wielkim sercem! Bardzo dużo sie od niej nauczyłam, nie tylko gotować, piec, ale jak być troskliwą mamą. Pozdrawiam Was serdecznie dziewczyny! Dzięki takim osobom jak Wy minimalizowane jest zło tego świata. A.H. (Data zamieszczenia: 2017-05-05 20:29:53)



❤❤❤ (Data zamieszczenia: 2016-12-07 23:07:21)



Jesteś ANIOŁEM Aniu :) pozdrawiam i buziaki przesyłam dla Was wszystkich <3 (Data zamieszczenia: 2016-11-08 17:22:56)



Tekst miał na celu zwrócenie uwagi na to, że my, matki wielodzietne, czasem w natłoku obowiązków, nie dajemy sobie chwili dla siebie, nawet przysłowiowych pięciu minut i w związku ze zmianami cywilizacyjnymi, wbrew pozorom, mając go więcej, nie umiemy czasem nim gospodarować. Ja sama, w pewnym czasie, jak napisałam we wpisie, wpadłam w taką pułapkę. Sama też, będąc na zakupach, i mając w planie kupić coś dla siebie, zawsze wychodzę z pełną torbą rzeczy dla dzieci. Myślę, że tak robi większość matek. Na przysłowiowy "fotel" tez mam czas bardzo rzadko, bo mając piątkę dzieci, bardzo trudno znaleźć czas dla siebie. Czasem wieczorem jestem już tak zmęczona, że po prostu idę spać. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że nie mamy do tego prawa bo wypalenie zawodowe nie dotyczy tylko osób pracujących zawodowo np. w korporacji, ale matek również, a może przede wszystkim. A mąż, oczywiście, że może mieć na to mniejszy lub większy wpływ, ale na szczęście moje zakupy nie są uzależnione od zasobności jego portfela i życzę każdemu takiej niezależności. Kwestia "fotela" również wydaje mi się kwestią organizacji bo zapewniam, nawet mając pięcioro dzieci, można, jeśli się chce, znaleźć czas dla siebie. Wiele tez zależy od osobistych predyspozycji, ja sama znam takie matki, opiekujące się jednym dzieckiem, dla których znalezienie chwili dla siebie graniczy z cudem. I nawet najbardziej kochający mąż nie ma tu nic do rzeczy. ;) pozdrawiam serdecznie (Data zamieszczenia: 2016-11-05 14:30:50)



No tak, ma Pani racje. Ale nie kazda z nas ma takiego kochajacego meza,ktorego z pewnoscia ma Pani, aby moc sobie pozwolic na "fotel" lub zakupy "na bol glowy":) pomimo tego, jesli nawet na to zasluguje.. :) (Data zamieszczenia: 2016-11-04 23:03:32)



Pani Aniu, dziękuję za ten wpis. Na przełomie 20/21 tygodniu ciąży pękł mi pęcherz płodowy i urodziłam śliczną córeczkę. Pożegnałam się z nią i pożegnał się z nią również mój mąż, choć na początku nie chciał do nas podejść. Nie mamy wspólnego zdjęcia. Jednak przed pochówkiem chciałam ubrać, otulić moją córeczkę w rożek. Być tą ostatnią, która będzie ją przytulać i dotykać. Był tam rownież mój mąż i moja siostra. Wtedy poprosiłam męża żeby zrobił mi pamiątkowe zdjęcie naszej córki. To wszystko było dla mnie ważne. Wiem że zrobiłam wszystko co mogłam. Mimo bólu, miałyśmy chwilę tylko dla siebie. Wracam do tych zdjeć, aby obraz mojej córki był ciagle tak mocno wyraźny. I wierzę, że będzie dobrze. A Pani jest tego przykładem. Teraz mimo tego iż możemy mieć z mężem dzieci i będziemy je mieć, złożyliśmy wniosek o adopcję. Pozdrawiam ciepło, miło się na Was patrzy. (Data zamieszczenia: 2016-10-27 17:16:23)



Pięknie napisane Dziękuję (Data zamieszczenia: 2016-10-22 23:39:12)



Dziękuję Pani Aniu, jeszcze raz dziękuję. I choć w bliskich niekoniecznie mam wsparcie i zrozumienie. To wiem, że Pani zawsze wysłucha i doradzi. (Data zamieszczenia: 2016-10-21 07:55:56)



"... ta tęsknota kiedyś przerodzi się przecież w prawdziwe spotkanie" Dziękuję za te słowa. Pięknie ujęłaś, coś co jest we mnie głęboko zakorzenione. (Data zamieszczenia: 2016-10-15 21:07:25)



Jest Pani niesamowita osobą. Ciepło bije z tekstów na odległość. Ciesze się, że jest Pani spełniona. Nie wyobrażam sobie stracić dziecka, wiec nie wyobrażam sobie jaka ogromną siłę musi Pani mieć w sobie.. dr Antczak prowadził również moja ciążę, mam 4 miesięczną córeczkę. Niesamowity lekarz (Data zamieszczenia: 2016-10-13 00:08:17)



Jejku az sie poplakalam jak to czytalam.pamietam Julite,jak przywiozla zaproszenie na swoj slub moim rodzicom :'( (Data zamieszczenia: 2016-10-01 21:21:59)



Właśnie, dlatego uważam, że problem sięga zdecydowanie głębiej. To tak jak w przypadku matki, która za chwilę urodzi dziecko, którego tak naprawdę nie chce, pewnie je niedługo odda, ale wcześniej narazi na niepotrzebny stres i nie daj Boże ból. Nie ma takiego prawa by pomóc takim właśnie kobietom już dużo, dużo wcześniej. Urzędnicy próbują, ale wobec procedur i tak są bezsilni. Problem nie tkwi w tym, że ta kobieta za chwilę urodzi dziecko, którego nie chce, ale w tym, że pomóc jej można było zdecydowanie wcześniej.... A jeśli chodzi o humanitarne zachowanie lekarzy i personelu to chyba trafnie odzwierciedla je przypadek, który opisałam. Tak naprawdę i tutaj nie ma porozumienia a kobiety i tak zostają same sobie.... Jeśli chodzi o in vitro... to kompletnie brak mi słów...bo sama znam pary, dla których wycofanie projektu oznacza koniec w staraniach się o dziecko.... (Data zamieszczenia: 2016-09-23 22:40:39)



Aniu absolutnie popieram Twoje zdanie w tym temacie. Nie jestem za liberalizacją prawa aborcyjnego, lecz za pozostawieniem go w stanie jaki jest dotychczas. Próbuję poprzez swoją aktywność w tej materii zwrócić uwagę na kobietę nie tylko na "nośnik" lub inkubator. Nie zgadzam się na tak przedmiotowe traktowanie. A tak właśnie mamy być postrzegane po zaostrzeniu wspomnianej ustawy. Trzy warunki dla jakich ma być zastosowana aborcja są sprawiedliwe i nie stosowane w przypadku"widzimisię". Nie mówię oczywiście o podziemiu aborcyjnym lub turystyce z tego powodu tylko o ludzkim humanitarnym zachowaniu lekarzy i personelu medycznego. A in vitro? Jak można bezmyślnie, haniebnie wręcz traktować ludzi starających się o dzieciątko? Zabierać im szansę na rodzicielstwo w imię wyimaginowanych katolickich urojeń! Gdyby Bóg nie chciał dzieci z in vitro nigdy nie obdarowałby pomysłodawców w porę rozumem. Ufff poniosło mnie zdecydowanie. Pozdrawiam Isabelle (Data zamieszczenia: 2016-09-23 20:06:00)



Przepięknie aż mi łezki poleciały... U nas było bardzo podobnie zdecydowaliśmy się na dziecko dopiero po 6latach id śmierci Jasia. Kiedy zobaczyłam na teście dwie kreski byłam przeszczesliwa a zarazem przerażona że sytuacja się powtórzy. Lecz tym razem myslalam pozytywnie choć z tyłu głowy krążyły różne myśli. Trafilam do pani Małgosi Warelis i dziękuję za nią Panu Bogu bo tak cierpliwej cieolej osoby ze świecą szukać. , Ciaza mimo że przebiegała dobrze ja ciągle coś wynyslalam, pani doktor spokojnie tlumaczyla ze dzidzia jest całkiem zdrowa. Wkoncu narodziła się Basia i pierwsze moje pytanie ile ma paluszkow czy oddycha ito itd. Kiedy mi ja podali na ręce ja z tyłu głowy znów rozmyslalam ze ona za chwilę tak pewnie odejdzie to zbyt piękne a jednak okazało się prawdziwe. Basienka w maju skończyła 2 latka jest taka kochana często wspomina braciszka odwiedza go na cmentarzu. A wracając do pani doktor... Gdy 6 tygodni później po porodzie zjawilam sie na kontroli powiedziala mi że pierwszy raz spotkała się z pacjentka która nie wierzyła w żadne jej słowo tylko tak wiedzialam swoje a doprowadzilam ciążę do konca (Data zamieszczenia: 2016-09-21 16:22:56)



Super taka prawda nie liczy się mieć ciuchów zabawek itp. tak naprawdę liczy się miłość a tej dziewczynki maja pod dostatkiem :) (Data zamieszczenia: 2016-09-17 22:55:13)



Dla mnie to ludzie nie majacy pojecia o życiu... wszystko im łatwo przyszło... Wspolczuje wam... ja sama nie bylam adoptowana ale wychiwalam sie w biedzie i strasznie doswiadczylam upokorzenia ze strony rowiesnikow... nie raz nie bylo co do gara wrzucić. Pamietam jak dzis lzy mojej mamy kiedy wzielam ostatnia szklanke mąki zeby zrobic planety z masy solnej do szkoly na przyrode, a ona nie miala czym "zaklepac" glupiego sosu do obiadu... a ja w szkole dostalam niska ocene, dlatego ze moja praca nie byla tak ladna jak te, ktore zrobily te "lepsze" bo bogatsze, lepiej ubrane dzieci.. moja siostra byla odsylana do psychologów ponieważ byla zbyt cicha... nauczyciele, rodzice i uczniowie nasmiewali sie z niej i przykleili jej latke, ktora byla z nia od podstawowki po koniec gimnazjum! Ludzie bez serc, mózgów! I tak jak mowisz.. nie mielismy nowych komputerów, rowerów czy nawet rolek, ale bylysmy wychowane w milosci..a po latach priorytetem jest czas speczony z dziecmi i wychowanie ich w miłości, a nie to czy będą mieć najnowsze iPhony, tablety lub firmowe ciuchy. (Data zamieszczenia: 2016-09-17 22:26:48)



Skorzystaliśmy z takiego pomysłu pierwszy raz bo nie było już gdzie upchnąć wózka dla Zuzy. Wysłany dzień przed naszym wyjazdem, przyjechał DPD następnego dnia i pocztą odwrotną wrócił do domu po wakacjach :) (Data zamieszczenia: 2016-09-16 20:25:51)



Anka świetny pomysł z ta pocztą kurierska (Data zamieszczenia: 2016-09-16 17:58:27)



U nas mama może i tak nie uważa, jednak ojciec potrafił wyrazić się w ten sposób, że jeśli chcemy dzieci to mamy je sobie urodzić. Miał bardzo wiele do powiedzenia, natomiast nie zrobił nic, by dzieci odzyskać. Przyznam się, że też na początku, gdy dzieci były u nas, czułam się trochę tak jakbym to ja zabrała matce biologicznej jej dzieci. Chyba każdy rodzic zastępczy tak myśli. Z czasem uświadomiłam sobie, że gdyby w tej rodzinie nie działo się źle, nikt by dzieci nie zabrał. Musimy pamiętać, że to my jesteśmy opiekunami dzieciaczków i to my mamy prawo decydować o kontaktach uwzględniając dobro dzieci, co w przypadku zbyt częstych telefonów i widzeń, nie jest zbyt dobre. Taką opinię otrzymałam od sądu, kiedy chciałam ograniczyć kontakty z tatą. Dodam jeszcze, że dzieci też nie chciały się z nim widzieć, natomiast on usilnie o widzenie zabiegał, robiąc wcześniej właśnie tym dzieciom straszną krzywdę. (Data zamieszczenia: 2016-09-14 19:14:46)



Jestem rodziną zastępcza aktualnie dla dwójki dzieci. Chcialabym, kiedyś móc spokojnie porozmawiac z mama biologiczna moich dzieci ale chyba mama biologiczna nadal uważa mnie za zlodziejke cudzych dzieci :-( Zaufanie dzieci zdobywa sie bardzo dlugo i niestety bardzo czesto rodzina biologiczna probuje ingerowac i manipulowac dziećmi, aby byly problemy wychowawcze. Moze potrzebujemy czasu jeszcze na zrozumienie zachowania rodzicow biologicznych. (Data zamieszczenia: 2016-09-14 17:15:51)



Mamo Aniołka...Po to właśnie stworzyłam ten blog, byśmy mogli tutaj nawzajem się wspierać. Bardzo trudno jest przetrwać przez cały okres żałoby, ale chyba najtrudniej, kiedy dziecko jeszcze żyje w nas, a my mamy przygotować się na najgorsze, na jego śmierć. Ten właśnie okres, moim zdaniem, jest najtrudniejszy dla matki, i dla rodziny również. Matka musi przygotować się na śmierć dziecka jeszcze za jego życia a otoczenie, nie to, że nie chce, ale czasem po prostu nie wie co ma jej powiedzieć, jak się zachować. Chciałabym abyśmy z czasem, razem, stworzyły właśnie taką publikacje, która będzie Aniołkowym rodzicom, tym przyszłym i tym, już po... bardzo pomocna...by przetrwać. Pozdrawiam Panią serdecznie, proszę wierzyć i nie poddawać się...cokolwiek mówią inni.... (Data zamieszczenia: 2016-09-11 09:28:43)



Cudownie wiedzieć, że są takie piękne rodziny, że matki wspierają córki. Sama straciłam dwoje dzieci, niestety nie dane mi było otrzymać tego wsparcia. (Data zamieszczenia: 2016-09-11 00:03:42)



U dzieci po takich przeżyciach, jakich doświadczyły Dziewczynki, najtrudniej zdobyć zaufanie i wyrobić w nich poczucie bezpieczeństwa.... Tobie Aniu się to udało i to jest największym sukcesem ... Jesteś Wojowniczką (Data zamieszczenia: 2016-09-10 16:19:13)



Pani Aniu,pisze Pani jak wazne sa zdjecia...tak sa, my mamy kilka ale bardzo ciezko jest nam do nich wracac:(na naszych twarzach jest tylko jedno,..bol,ogromny zal i smutek... (Data zamieszczenia: 2016-09-08 22:03:15)



Pani Aniu, ten wpis sprawil, ze odzyly wspomnienia.,doskonale rozumiem Pania,..i wiem,ile moze kosztowac taki wpis.,podobnie jak Pani stracilam dziecko i tak samo nie moglam cieszyc sie oczekiwaniem na malenstwo,gdyz losy byly juz zdaniem lekarzy przesadzone...wiem doskonale jak to jest czekac cala ciaze na TEN moment, na to nie da sie przygotowac nawet jesli wiemy wczesniej, po prostu nie da sie...i ten strach,...wiem tez jak to jest trzymac na rekach ta mala istotke i patrzec jak odchodzi...ciesze sie,ze zycie jednak wynagrodzilo Pani ten bol i jest Pani teraz szczesliwa mama. Dalo mi to nadzieje,ze moze jeszcze dobrze. Pozdrawiam serdecznie, mama Aniolka (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:59:40)



Witam Pani Małgorzato, matka chciała by dziewczynka trafiła do nas. Niestety nie jest to możliwe w obecnej chwili. Znaleźliśmy jej miejsce w domu samotnej matki, niestety nie chciała skorzystać z pomocy. Nadal uparcie tkwi w związku, który ją wykańcza. Póki co pojechały do niej dwie paczki z wyprawką i wózkiem. Tak w obecnej chwili możemy pomóc. (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:55:43)



Zawsze mòwiłam Aniu ,że Cie podziwiam za to robisz :-) Masz bardzo wielkie serduszko :-) Mam nadzieje że ten blog pomoże nie jednej kobiecie :-) Ja czytając wszystkie wpisy bylam bardzo wzruszona :'( I już czekam z niecierpliwością na następne wpisy :-) A Tobie Aniu życzę spełnienia wszystkich marzeń i planòw :-) (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:35:14)



Pani Aniu jakie to szczęście, że dziewczynki trafiły do Pani. Moja Zuza ma 17 msc i nie wyobrażam sobie jak można oddać takie dziecko. A tu w drodze kolejny maluszek... Czy mama chce malutką zostawić przy sobie? Małgorzata (Data zamieszczenia: 2016-09-08 20:34:27)



Wpis z głębi serca rewelacja powodzenia i czekam niecierpliwie na kolejne :) powodzenia życzę <3 (Data zamieszczenia: 2016-09-08 18:58:12)



Aniu podziwiam cię, że masz siłę a to że masz ogromne Serce to już dawno się przekonałam .Dajesz przykład, że nie ważne co się dzieje przez co człowiek przechodzi to jest wstanie podnieść i iść dalej. Ja też miałam wsparcie w Mojej Mamie w pewnym Istotnym momencie życia . (Data zamieszczenia: 2016-09-08 16:36:44)

Facebook