Archiwum

Dlaczego nie każda przygoda z macierzyństwem kończy się szczęśliwie? (Dodano 2016-09-08 13:55:30)

 

Każdy dzień na wagę złota,  o tym jak nie każda przygoda z macierzyństwem  kończy się szczęśliwie.

 

Każdy z nas, zaczyna swoja przygodę z macierzyństwem wcześniej bądź później. Przeważnie jednak, wchodząc w dorosłe życie, ma już sprecyzowany plan, w którym układa sobie swój rodzinny obraz. Mówimy: chciałabym/ chciałby mieć dwójkę, trójkę albo jedno dziecko. Z różnych powodów, nie o nich jednak chce mówić.

 

W każdym razie idziemy z tym planem przez życie… i nagle się okazuje, ze coś nie zadziałało, ze coś jest nie tak. Mamy przecież już wszystko: pracę, dom, przyjaciół…. No właśnie… nie mamy jednak dziecka, a los zupełnie  nie sprzyja nam  w tej kwestii... kolejne dni niespełnionych marzeń obracają się więc w miesiące, lata….

 

U jednych ta droga będzie naznaczona cierpieniem, niosącym ze sobą całkowita utratę nadziei już na starcie, bo wyniki badań już na początku przekreślają szanse na macierzyństwo.

 

U innych będzie to wieloletnia batalia z przeróżnymi ośrodkami służby zdrowia, z lekarzami, oddziałami a w efekcie śmierć dziecka.

 

 I już na samym początku życia muszą zetknąć się oni z jego końcem, naznaczonym cierpieniem malutkiej osóbki, którą kocha się najbardziej na świecie.

 

Nie ma nic gorszego dla rodzica niż zetkniecie z takim właśnie ogromem cierpienia swojego dziecka i patrzenie na jego śmierć w tym momencie, kiedy jego życie praktycznie  dopiero się zaczyna.

 

Tak było właśnie w naszym przypadku. Do dziś pamiętam nieskręcone łóżeczko w rogu pokoju, kiedy wróciłam do domu bez dziecka. Teraz myślę o tym w ten sposób, że jak silna musiała być w nas wszystkich nadzieja, że mimo prognoz lekarzy, wszyscy wierzyliśmy, ze może jednak się uda.

 

A może ja wierzyłam, a reszta domowników nie chciała mnie wyprowadzać z błędu. Nie wiem. Nie miałam siły do dziś nikogo  o to zapytać.

 

Z pierwszej ciąży wyłania mi się a pamięci jeszcze kilka obrazów.

 

Nawet nie pamiętam w jakich okolicznościach się o niej dowiedziałam, mimo że była to moja pierwsza ciąża. Wydaje mi się, że moja głowa specjalnie zatarła już niektóre obrazy, a przynajmniej te, które kojarzą się z ogromnym bólem i cierpieniem. Są jednak i takie, których mimo upływu czasu nie sposób wymazać i zostaną już we mnie, w mojej pamięci, na zawsze.

 

Do dziś pamiętam  kolejne moje pobyty  w szpitalu, a korzystałam wtedy z wizyt w poradni, i to, że żaden z  tamtejszych lekarzy, którzy przeprowadzali badania, nie potrafił postawić trafnej diagnozy.

 

Dopiero za interwencją jednego z nich, a może tez za namowa mojej mamy, ponieważ jest pracownicą tego szpitala od wielu lat, trafiłam w końcu do Poznania na Polną.

 

Pierwsze badanie, przeprowadzone przez profesora Bremborowicza,  utwierdziło mnie w przekonaniu, ze trafiłam dobrze. Wystarczyło, ze położył rękę na moim brzuchu i trafnie  określił  położenie płodu. Od razu stwierdzono tez całkowity brak wód płodowych i co za tym idzie, agenezje nerek. Dziecko nie miało żadnych szans. Zaczęła się zatem walka o moje życie, czego nie byłam wcześniej zupełnie świadoma. CRP, czyli wskaźnik zakażenia organizmu,   osiągnął już taki poziom, że byłam dosłownie na granicy życia i śmierci.

 

Codziennie miałam wiec pobierana krew, by móc określić jaki jest poziom zakażenia. Z przyczyn formalnych lekarze nie mogli wcześniej zakończyć ciąży, czekano więc aż górna granica crp będzie już tak wysoka, że nie będzie mowy o tym żeby czekać i od razu trafię na stół. Pamiętam, że na moim ciele nie było już miejsca na wkłucia, jak pękały żyły i pielęgniarki zastanawiały się już czy nie zrobić wkłucia w szyi.

 

Pamiętam, że miałam już dość i że przyszedł taki moment, kiedy chciałam by było już  po wszystkim.

 

W trakcie kilkutygodniowego pobytu w szpitalu spotkałam wiele matek, które walczyły o swoje dzieci. Dziś już nawet nie pamiętam jak miały na imię. Pamiętam, że kilka sal dalej leżała dziewczyna, która, podobnie jak ja, miała już postawiona diagnozę śmiertelnej choroby swojego dziecka i podobnie jak ja czekała na cc. Tyle, że była to jej druga ciąża i kolejne  chore dziecko bez szans na zdrowe życie. Strasznie jej wtedy współczułam, choć nie znałam jej w ogóle, nawet nie wiedziałam jak wygląda.

 

Myślałam sobie, że to niemożliwe, że takie cierpienia przecież nie wracają do człowieka. Jakże mylne było moje mniemanie. I już wkrótce zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze.

 

Na końcówce ciąży, dzięki interwencji mojego męża, trafiłam na kilka dni do domu. Dosłownie kilka. Miał to być czas na odreagowanie, pozbieranie myśli i zebranie sił do dalszej walki…ostatniego starcia, które miało być najgorsze, a niosło za sobą nowe życie i śmierć jednocześnie.

 

Pawełek pojawił się w 36 tygodniu ciąży, mierzył 56 cm i ważył 2500 g. Był pięknym dzieckiem. Miał czarne włoski i bardzo ciemne oczy. Teraz Zuzia takie właśnie ma. Widziałam go tylko raz za życia i był to, jak do tej pory, najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek miałam miejsce zobaczyć. Pamiętam, że poczułam wtedy ogromną miłość do tego dziecka i przekonanie, że jest ona dla mnie wszystkim i że nic, ani nikt  nie liczy się dla mnie tak, jak on. Niestety nie mogłam zabrać go na ręce, wtedy w szpitalu, a później, po śmierci, nie miałam na to siły. Do dziś jednak tego żałuję. Żałuję też, że nie mam żadnego jego zdjęcia, choć jego wizerunek  cały czas tkwi w mojej pamięci.

 

Mamy, które czeka taka właśnie batalia, pamiętajcie… przytulajcie do serca, bierzcie na ręce, kiedy tylko to możliwe, twórzcie wspólne zdjęcia….Nie bójcie się.

 

Teraz niejednokrotnie chciałabym przyjrzeć  się takiej fotografii i nie mogę, zostały już tylko zdjęcia z badana usg.  Pamięć w takich przypadkach jest jednak niezawodna i mimo ogromnej straty, tego akurat obrazu, wymazać   nie potrafi.

 

Po dwóch latach okazało się ze jestem w kolejnej ciąży. Ta jednak skończyła się bardzo szybko, praktycznie zanim na dobre w ogóle się zaczęła. W ósmym tygodniu, podczas badania, okazało się, ze płód obumarł i trzeba ciążę usunąć. W mojej głowie, a przede wszystkim w sercu, to jednak  nie był płód tylko dziecko….od samego początku.

 

Często spotykam się z oburzeniem matek, ich złą reakcją na traktowanie ich dziecka w taki właśnie sposób… bezosobowo. Również nie jestem za takim nazewnictwem ponieważ uważam, że jeśli ktoś bardzo czeka na dziecko, bardzo go pragnie…to należy mu się choć trochę empatii, chociażby ze strony lekarza.

 

Zabieg usunięcia ciąży to jednodniowy pobyt w szpitalu. Rano przychodzisz jeszcze z dzieckiem w brzuchu…wieczorem wychodzisz stamtąd już sama. Wszystko dzieje się pod delikatną narkozą, po której nie ma śladu już  po godzinie od zabiegu.

 

I znowu wszystkie marzenia, plany idą w zapomnienie….i nie wiadomo kiedy znowu, i czy w ogóle, się jeszcze kiedykolwiek pojawią.

 

W domu nie możesz znaleźć miejsca, bliscy nie chcą i nie umieją o tym co się stało z tobą rozmawiać. Wszyscy próbują zachowywać się tak jakby nic się nie stało. Nie wiedzą jak bardzo ich wtedy właśnie potrzebujesz. Ale to już temat na inny wpis…

 

Kolejna, trzecia moja ciąża, pojawiła się znowu po dwóch latach. Nie wiem dlaczego, ale byłam święcie przekonana, od samego jej początku, że tym razem się uda, bo przecież do trzech razy sztuka.

 

Jakże mylne było moje rozumowanie i jakie zdziwienie, kiedy podczas kolejnej, chyba trzeciej, kontrolnej wizyty, okazało się, że znowu wód płodowych brak. Co wiązało się oczywiście z dalszymi powikłaniami i w rezultacie agenezją czyli całkowitym brakiem nerek.

 

I znowu zaczęła się kolejna batalia, kolejne wizyty w szpitalu. Długie pobyty bo tym razem, już bardziej świadoma tego, co się stanie, nie wypisywałam się już na własne żądanie do domu.

 

Mimo trzeciej już ciąży, mój organizm nadal dzielnie walczył i nie zamierzał, ku zdziwieniu lekarzy, pozbyć się dziecka samoistnie. Próba wstrzyknięcia wód przez powłokę brzuszną również nie powiodła się, ale nawet wtedy, kiedy po badaniu lekarka podeszła do mnie i suchym, pozbawionym emocji głosem, powiedziała: To się nie uda…Nie wierzyłam jej.

 

Adaś urodził się w 35 tygodniu ciąży i mimo swoich 50 centymetrów, ważył zaledwie 1700 gram. Był zupełnie inny niż Pawełek. Całkowity brak wód płodowych i jego miednicowe położenie, spowodowały deformację twarzy. Była lekko zniekształcona, ale dla mnie najpiękniejsza na świecie.

 

Mimo tego, że był zdecydowanie mniejszy od Pawełka, walczył dłużej i kiedy, mimo złych prognoz lekarzy, w drugiej dobie jego życia, kiedy do sali, w której leżałam wpadła pielęgniarka, nadal miałam nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys.  Kazała mi się szybko zbierać, usiąść na wózek inwalidzki i dosłownie biegiem pchała ten wózek  na noworodkowy Oiom.

 

Tam czekali już inni lekarze z informacją, że dziecko umiera i że zdążę jeszcze wziąć go na ręce i pożegnać się. Tętno nie przekraczało już 40…Życie Adasia, podobnie jak wielu innych pacjentów oddziału, kończyło się.

 

Miałam wtedy na rękach dziecko mniejsze niż laleczka. Żeby mógł oddychać musiałam trzymać mu przy nosku rurkę z tlenem.

 

Pamiętam tez, że kiedy podeszłam do inkubatora, płakał. Kiedy wzięłam go na ręce, już nie. Zaczął ponownie, kiedy odłożyłam go z powrotem. Chyba czuł, że był u mamy. Tak, na pewno to czuł. Nie mogłam już dłużej z nim zostać, wróciłam na salę.

 

Po niespełna dwóch godzinach, inna już lekarka, przyniosła mi tą najgorszą wiadomość…Pani dziecko nie żyje…. Te słowa to cios w samo serce…Słyszałam je już po raz trzeci… Nigdy wcześniej nie czułam się tak źle.

 

Byłam tak zrozpaczona i zrezygnowana, że poprosiłam męża by tym razem to on zajął się pochówkiem. Ja nie chciałam w nim uczestniczyć. Nie zniosłabym tego widoku po raz drugi.

 

Zarówno Pawełek, jak i Adaś, spoczęli w rodzinnym grobie.

 

Mają małą tabliczkę pośrodku grobu dziadków z napisem: „Śpijcie Aniołki”.

 

Do dziś, a minęło już tyle lat, nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Mimo, że na świecie jest Zuza, nasze biologiczne dziecko, to wciąż boli tak samo. I powie to Wam każda Aniołkowa mama i tata.

 

Śmierć dzieci to najgorsze, co mnie w życiu do tej pory spotkało. Długo nie mogłam o tym w ogóle mówić. Każda kolejna wizyta u znajomych, u których rodziło się kolejne dziecko, kosztowała mnie mnóstwo negatywnych wrażeń i łez. Nie dlatego, że im tych dzieci zazdrościłam. Nie, nie, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że je mają, ale pamięć o moich dzieciach, o ich śmierci, była tak silna, że aż momentami nie do zniesienia.

 

Tematy związane z żałobą, strata dziecka, adopcją i rodzicielstwu zastępczym będą więc tematem mojego bloga.

 

Blog ma bardzo osobisty charakter, ale musi moim zdaniem taki mieć, by jego przesłanie trafiło do odbiorców.

 

Mogę o tym wszystkim mówić dopiero teraz, kiedy minęło kilka lat. Przez te lata wiele w moim życiu się wydarzyło. Przyjęliśmy dziewczynki, które kochamy jak własne dzieci. A niespełna dwa lata temu, na świat przyszła Zuza,  o której będzie mowa w kolejnym wpisie. Chcę Wam jednak pokazać, że jakkolwiek jest źle, nie wolno tracić nadziei. Czasem trzeba przejść przez piekło, by w końcu wyszło słońce. I dotyczy to kochani wszystkich dziedzin życia. Pamiętajcie o tym.

 

 

 





Bardzo mądra z Pani Kobieta. (Data zamieszczenia: 2017-12-12 10:25:27)



My stracilismy coreczke w miesiacy ciazy :( (Data zamieszczenia: 2017-11-16 13:51:10)



Piekna dziewczyna wspaniala opowiesc tylko szkoda ze nie z happy endem az żal :( Jest teraz pieknym Aniolem :) (Data zamieszczenia: 2017-11-16 13:49:33)



.. złoszczę sie że jest 1 listopada .. złoszczę że jest dzień dziecka .. nienawidzę dnia matki.. Aniołkowa mama brzmi tak dumnie ... Jednak nie pomaga w złości żalu i smutku który noszę w sobie .. już 4 lata .. a boli bardziej i bardziej ... Jonasza nie ma a ja codziennie muszę udawać że daje radę.. że trzeba żyć dalej .. że czas leczy rany ... Uśmiechać .. gdyby nie osoby które są przy mnie .. które są pomimo że straciłam wiare w ludzi .. już by mnie nie było .. bo masz rację .. Aniolkowe mamy nie boją się śmierci ... Pozdrawiam Aniu.. i dziękuję za te piękne słowa.. tak bardzo moje... (Data zamieszczenia: 2017-11-01 11:17:57)



Życzę zdrowia i spełnienia wszystkich marzeń zwłaszcza daru potomstwa. Jestem pełen podziwu dla Pana. Powodzenia dla całej Waszej rodziny Panie Zbyszku! (Data zamieszczenia: 2017-10-23 07:01:49)



Powodzenia i ściskam mocno :) (Data zamieszczenia: 2017-10-13 18:50:56)



Tak, pomimo przeróżnych perypetii, nadal jest ... (Data zamieszczenia: 2017-09-09 23:05:24)



Co z najmłodszą dziewczynką, bo widzę, że wpis jest z zeszłego roku? nadal jest przy biologicznej matce? (Data zamieszczenia: 2017-09-09 14:57:16)



Bardzo dobry artykuł. Życzę Pani wszystkiego dobrego. (Data zamieszczenia: 2017-09-06 03:52:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:43:43)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:24:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:20:43)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:10:12)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 03:07:47)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:40:24)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:25:49)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-26 00:14:01)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:59:53)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:57:38)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:47:24)



http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/ (Data zamieszczenia: 2017-08-25 23:43:57)



Bardzo mądre słowa, szkoda, że tak niewielu "nieaniołkowych" próbuje to zrozumieć. Prawie dwa lata temu moja koleżanka (teraz mogę chyba powiedzieć przyjaciółka) straciła, nagle, z dnia na dzień, dwuletniego synka. Nikt z dotychczasowych przyjaciół nie potrafił się zachować w tej sytuacji więc zwyczajnie się odsunęli. Byłam jedyną osobą spoza rodziny, która przychodziła płakać i wspominać z nią, odwiedzać grobik. I tak niestety pozostało. Nigdy nie zapomnę tego wszystkiego co widziałam i słyszałam. Takiego bólu i rozpaczy nie da się opisać. A ludzie tego nie rozumieją, nie potrafią zrozumieć co strata dziecka oznacza, to jak śmierć za życia. I jeszcze te okoliczności, winni są lekarze, którzy ich zlekceważyli. Kazali czekać. Dziecko zmarło.praktycznie na rękach matki. Reanimacja już nic nie dała. A winnych nie ma do tej pory. Nasz system "sprawiedliwości" to kpina. Na dzień dzisiejszy moja przyjaciółka ubiera maskę i brnie przez codzienność. Ale to już nie jest prawdziwe życie. Wszystko się przewartościowało, ludzie odeszli, ona już nie jest tą samą osobą. Ma wsparcie najbliższej rodziny, męża, który jest naprawdę wspaniały. Ja sama jestem mamą trójki wspaniałych dzieciaków. Nie wiem co bym bez nich zrobiła. Sama myśl paraliżuje bólem. Całym sercem jestem z wszystkimi aniołkowymi rodzicami. Człowiek czuje się taki bezradny gdy nie można nic zrobić żeby ukoić ból. Wszystkim, którzy nie wiedzą jak się zachować w takiej sytuacji polecam Listę życzeń osieroconych rodziców. Mi bardzo pomogła. (Data zamieszczenia: 2017-08-25 09:35:43)



Witam (Data zamieszczenia: 2017-08-04 09:10:55)



Przepiękny jest Twój blog. Marzę o stworzeniu takiej rodziny jak Twoja i z każdym słowem na tym blogu przekonuję się że rodzicielstwo zastępcze to będzie także moja droga. (Data zamieszczenia: 2017-07-20 17:08:22)



Przeżyłam dokładnie to samo rodziłam martwego syna i mama trzymała mnie za rękę.. (Data zamieszczenia: 2017-05-25 19:40:57)



;( Eh ... ....... ....... . (Data zamieszczenia: 2017-05-14 18:47:26)



Łzy same płyną po policzku czytając historię pani Karoliny jakbym widziała przed oczami akcje kiedy ratowano mojego syna na ktg u położonej słychać małego tętno słychać za chwilę nachodzi moje małego już nie słychać położna nie daje rady zrobić zapisu ktg kieruje mnie do szpitala na ktg przyjeżdżam czekam na izbie przyjęć wchodzę na dole do pielęgniarki słucha tetna przez chwilę kę słyszę potem szuka i nie może znaleźć kieruje na oddział tam kładę się na łóżko podlaczaja ktg nic nie słyszę momentalnie biegnie pielęgniarka za nią lekarz przez korytarz nie patrząc na nic jadą że mną na cc w tym momencie myślę tylko o tym aby uratowali moje dziecko jestem na stole znieczulenie ogólne a ja i tak słyszę i czuję delikatny ból podczas operacji i słyszę płacz synka budzę się już na sali widzę męża pytam co z małym mówi podają mu tlen ale wszystko z nim dobrze kamień z serca przynoszą mi kruszynke 2960 i 53 cm malutka glowka pełna ciemnych włosków kładą mi go na piersi jestem szczesliwa (Data zamieszczenia: 2017-05-13 23:58:16)



Współczuję wam. A tego pseudo lekarza powinni tez tak potraktować. Zwykły śmieć. (Data zamieszczenia: 2017-05-11 20:59:03)



(Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:47:17)



<3 :( (Data zamieszczenia: 2017-05-10 16:34:31)



Z całego serca potwierdzam! Kochana Pani Zosia (współpracowniczka we wspólnie spędzonych latach w RTG) człowiek z wielkim sercem! Bardzo dużo sie od niej nauczyłam, nie tylko gotować, piec, ale jak być troskliwą mamą. Pozdrawiam Was serdecznie dziewczyny! Dzięki takim osobom jak Wy minimalizowane jest zło tego świata. A.H. (Data zamieszczenia: 2017-05-05 20:29:53)



❤❤❤ (Data zamieszczenia: 2016-12-07 23:07:21)



Jesteś ANIOŁEM Aniu :) pozdrawiam i buziaki przesyłam dla Was wszystkich <3 (Data zamieszczenia: 2016-11-08 17:22:56)



Tekst miał na celu zwrócenie uwagi na to, że my, matki wielodzietne, czasem w natłoku obowiązków, nie dajemy sobie chwili dla siebie, nawet przysłowiowych pięciu minut i w związku ze zmianami cywilizacyjnymi, wbrew pozorom, mając go więcej, nie umiemy czasem nim gospodarować. Ja sama, w pewnym czasie, jak napisałam we wpisie, wpadłam w taką pułapkę. Sama też, będąc na zakupach, i mając w planie kupić coś dla siebie, zawsze wychodzę z pełną torbą rzeczy dla dzieci. Myślę, że tak robi większość matek. Na przysłowiowy "fotel" tez mam czas bardzo rzadko, bo mając piątkę dzieci, bardzo trudno znaleźć czas dla siebie. Czasem wieczorem jestem już tak zmęczona, że po prostu idę spać. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że nie mamy do tego prawa bo wypalenie zawodowe nie dotyczy tylko osób pracujących zawodowo np. w korporacji, ale matek również, a może przede wszystkim. A mąż, oczywiście, że może mieć na to mniejszy lub większy wpływ, ale na szczęście moje zakupy nie są uzależnione od zasobności jego portfela i życzę każdemu takiej niezależności. Kwestia "fotela" również wydaje mi się kwestią organizacji bo zapewniam, nawet mając pięcioro dzieci, można, jeśli się chce, znaleźć czas dla siebie. Wiele tez zależy od osobistych predyspozycji, ja sama znam takie matki, opiekujące się jednym dzieckiem, dla których znalezienie chwili dla siebie graniczy z cudem. I nawet najbardziej kochający mąż nie ma tu nic do rzeczy. ;) pozdrawiam serdecznie (Data zamieszczenia: 2016-11-05 14:30:50)



No tak, ma Pani racje. Ale nie kazda z nas ma takiego kochajacego meza,ktorego z pewnoscia ma Pani, aby moc sobie pozwolic na "fotel" lub zakupy "na bol glowy":) pomimo tego, jesli nawet na to zasluguje.. :) (Data zamieszczenia: 2016-11-04 23:03:32)



Pani Aniu, dziękuję za ten wpis. Na przełomie 20/21 tygodniu ciąży pękł mi pęcherz płodowy i urodziłam śliczną córeczkę. Pożegnałam się z nią i pożegnał się z nią również mój mąż, choć na początku nie chciał do nas podejść. Nie mamy wspólnego zdjęcia. Jednak przed pochówkiem chciałam ubrać, otulić moją córeczkę w rożek. Być tą ostatnią, która będzie ją przytulać i dotykać. Był tam rownież mój mąż i moja siostra. Wtedy poprosiłam męża żeby zrobił mi pamiątkowe zdjęcie naszej córki. To wszystko było dla mnie ważne. Wiem że zrobiłam wszystko co mogłam. Mimo bólu, miałyśmy chwilę tylko dla siebie. Wracam do tych zdjeć, aby obraz mojej córki był ciagle tak mocno wyraźny. I wierzę, że będzie dobrze. A Pani jest tego przykładem. Teraz mimo tego iż możemy mieć z mężem dzieci i będziemy je mieć, złożyliśmy wniosek o adopcję. Pozdrawiam ciepło, miło się na Was patrzy. (Data zamieszczenia: 2016-10-27 17:16:23)



Pięknie napisane Dziękuję (Data zamieszczenia: 2016-10-22 23:39:12)



Dziękuję Pani Aniu, jeszcze raz dziękuję. I choć w bliskich niekoniecznie mam wsparcie i zrozumienie. To wiem, że Pani zawsze wysłucha i doradzi. (Data zamieszczenia: 2016-10-21 07:55:56)



"... ta tęsknota kiedyś przerodzi się przecież w prawdziwe spotkanie" Dziękuję za te słowa. Pięknie ujęłaś, coś co jest we mnie głęboko zakorzenione. (Data zamieszczenia: 2016-10-15 21:07:25)



Jest Pani niesamowita osobą. Ciepło bije z tekstów na odległość. Ciesze się, że jest Pani spełniona. Nie wyobrażam sobie stracić dziecka, wiec nie wyobrażam sobie jaka ogromną siłę musi Pani mieć w sobie.. dr Antczak prowadził również moja ciążę, mam 4 miesięczną córeczkę. Niesamowity lekarz (Data zamieszczenia: 2016-10-13 00:08:17)



Jejku az sie poplakalam jak to czytalam.pamietam Julite,jak przywiozla zaproszenie na swoj slub moim rodzicom :'( (Data zamieszczenia: 2016-10-01 21:21:59)



Właśnie, dlatego uważam, że problem sięga zdecydowanie głębiej. To tak jak w przypadku matki, która za chwilę urodzi dziecko, którego tak naprawdę nie chce, pewnie je niedługo odda, ale wcześniej narazi na niepotrzebny stres i nie daj Boże ból. Nie ma takiego prawa by pomóc takim właśnie kobietom już dużo, dużo wcześniej. Urzędnicy próbują, ale wobec procedur i tak są bezsilni. Problem nie tkwi w tym, że ta kobieta za chwilę urodzi dziecko, którego nie chce, ale w tym, że pomóc jej można było zdecydowanie wcześniej.... A jeśli chodzi o humanitarne zachowanie lekarzy i personelu to chyba trafnie odzwierciedla je przypadek, który opisałam. Tak naprawdę i tutaj nie ma porozumienia a kobiety i tak zostają same sobie.... Jeśli chodzi o in vitro... to kompletnie brak mi słów...bo sama znam pary, dla których wycofanie projektu oznacza koniec w staraniach się o dziecko.... (Data zamieszczenia: 2016-09-23 22:40:39)



Aniu absolutnie popieram Twoje zdanie w tym temacie. Nie jestem za liberalizacją prawa aborcyjnego, lecz za pozostawieniem go w stanie jaki jest dotychczas. Próbuję poprzez swoją aktywność w tej materii zwrócić uwagę na kobietę nie tylko na "nośnik" lub inkubator. Nie zgadzam się na tak przedmiotowe traktowanie. A tak właśnie mamy być postrzegane po zaostrzeniu wspomnianej ustawy. Trzy warunki dla jakich ma być zastosowana aborcja są sprawiedliwe i nie stosowane w przypadku"widzimisię". Nie mówię oczywiście o podziemiu aborcyjnym lub turystyce z tego powodu tylko o ludzkim humanitarnym zachowaniu lekarzy i personelu medycznego. A in vitro? Jak można bezmyślnie, haniebnie wręcz traktować ludzi starających się o dzieciątko? Zabierać im szansę na rodzicielstwo w imię wyimaginowanych katolickich urojeń! Gdyby Bóg nie chciał dzieci z in vitro nigdy nie obdarowałby pomysłodawców w porę rozumem. Ufff poniosło mnie zdecydowanie. Pozdrawiam Isabelle (Data zamieszczenia: 2016-09-23 20:06:00)



Przepięknie aż mi łezki poleciały... U nas było bardzo podobnie zdecydowaliśmy się na dziecko dopiero po 6latach id śmierci Jasia. Kiedy zobaczyłam na teście dwie kreski byłam przeszczesliwa a zarazem przerażona że sytuacja się powtórzy. Lecz tym razem myslalam pozytywnie choć z tyłu głowy krążyły różne myśli. Trafilam do pani Małgosi Warelis i dziękuję za nią Panu Bogu bo tak cierpliwej cieolej osoby ze świecą szukać. , Ciaza mimo że przebiegała dobrze ja ciągle coś wynyslalam, pani doktor spokojnie tlumaczyla ze dzidzia jest całkiem zdrowa. Wkoncu narodziła się Basia i pierwsze moje pytanie ile ma paluszkow czy oddycha ito itd. Kiedy mi ja podali na ręce ja z tyłu głowy znów rozmyslalam ze ona za chwilę tak pewnie odejdzie to zbyt piękne a jednak okazało się prawdziwe. Basienka w maju skończyła 2 latka jest taka kochana często wspomina braciszka odwiedza go na cmentarzu. A wracając do pani doktor... Gdy 6 tygodni później po porodzie zjawilam sie na kontroli powiedziala mi że pierwszy raz spotkała się z pacjentka która nie wierzyła w żadne jej słowo tylko tak wiedzialam swoje a doprowadzilam ciążę do konca (Data zamieszczenia: 2016-09-21 16:22:56)



Super taka prawda nie liczy się mieć ciuchów zabawek itp. tak naprawdę liczy się miłość a tej dziewczynki maja pod dostatkiem :) (Data zamieszczenia: 2016-09-17 22:55:13)



Dla mnie to ludzie nie majacy pojecia o życiu... wszystko im łatwo przyszło... Wspolczuje wam... ja sama nie bylam adoptowana ale wychiwalam sie w biedzie i strasznie doswiadczylam upokorzenia ze strony rowiesnikow... nie raz nie bylo co do gara wrzucić. Pamietam jak dzis lzy mojej mamy kiedy wzielam ostatnia szklanke mąki zeby zrobic planety z masy solnej do szkoly na przyrode, a ona nie miala czym "zaklepac" glupiego sosu do obiadu... a ja w szkole dostalam niska ocene, dlatego ze moja praca nie byla tak ladna jak te, ktore zrobily te "lepsze" bo bogatsze, lepiej ubrane dzieci.. moja siostra byla odsylana do psychologów ponieważ byla zbyt cicha... nauczyciele, rodzice i uczniowie nasmiewali sie z niej i przykleili jej latke, ktora byla z nia od podstawowki po koniec gimnazjum! Ludzie bez serc, mózgów! I tak jak mowisz.. nie mielismy nowych komputerów, rowerów czy nawet rolek, ale bylysmy wychowane w milosci..a po latach priorytetem jest czas speczony z dziecmi i wychowanie ich w miłości, a nie to czy będą mieć najnowsze iPhony, tablety lub firmowe ciuchy. (Data zamieszczenia: 2016-09-17 22:26:48)



Skorzystaliśmy z takiego pomysłu pierwszy raz bo nie było już gdzie upchnąć wózka dla Zuzy. Wysłany dzień przed naszym wyjazdem, przyjechał DPD następnego dnia i pocztą odwrotną wrócił do domu po wakacjach :) (Data zamieszczenia: 2016-09-16 20:25:51)



Anka świetny pomysł z ta pocztą kurierska (Data zamieszczenia: 2016-09-16 17:58:27)



U nas mama może i tak nie uważa, jednak ojciec potrafił wyrazić się w ten sposób, że jeśli chcemy dzieci to mamy je sobie urodzić. Miał bardzo wiele do powiedzenia, natomiast nie zrobił nic, by dzieci odzyskać. Przyznam się, że też na początku, gdy dzieci były u nas, czułam się trochę tak jakbym to ja zabrała matce biologicznej jej dzieci. Chyba każdy rodzic zastępczy tak myśli. Z czasem uświadomiłam sobie, że gdyby w tej rodzinie nie działo się źle, nikt by dzieci nie zabrał. Musimy pamiętać, że to my jesteśmy opiekunami dzieciaczków i to my mamy prawo decydować o kontaktach uwzględniając dobro dzieci, co w przypadku zbyt częstych telefonów i widzeń, nie jest zbyt dobre. Taką opinię otrzymałam od sądu, kiedy chciałam ograniczyć kontakty z tatą. Dodam jeszcze, że dzieci też nie chciały się z nim widzieć, natomiast on usilnie o widzenie zabiegał, robiąc wcześniej właśnie tym dzieciom straszną krzywdę. (Data zamieszczenia: 2016-09-14 19:14:46)



Jestem rodziną zastępcza aktualnie dla dwójki dzieci. Chcialabym, kiedyś móc spokojnie porozmawiac z mama biologiczna moich dzieci ale chyba mama biologiczna nadal uważa mnie za zlodziejke cudzych dzieci :-( Zaufanie dzieci zdobywa sie bardzo dlugo i niestety bardzo czesto rodzina biologiczna probuje ingerowac i manipulowac dziećmi, aby byly problemy wychowawcze. Moze potrzebujemy czasu jeszcze na zrozumienie zachowania rodzicow biologicznych. (Data zamieszczenia: 2016-09-14 17:15:51)



Mamo Aniołka...Po to właśnie stworzyłam ten blog, byśmy mogli tutaj nawzajem się wspierać. Bardzo trudno jest przetrwać przez cały okres żałoby, ale chyba najtrudniej, kiedy dziecko jeszcze żyje w nas, a my mamy przygotować się na najgorsze, na jego śmierć. Ten właśnie okres, moim zdaniem, jest najtrudniejszy dla matki, i dla rodziny również. Matka musi przygotować się na śmierć dziecka jeszcze za jego życia a otoczenie, nie to, że nie chce, ale czasem po prostu nie wie co ma jej powiedzieć, jak się zachować. Chciałabym abyśmy z czasem, razem, stworzyły właśnie taką publikacje, która będzie Aniołkowym rodzicom, tym przyszłym i tym, już po... bardzo pomocna...by przetrwać. Pozdrawiam Panią serdecznie, proszę wierzyć i nie poddawać się...cokolwiek mówią inni.... (Data zamieszczenia: 2016-09-11 09:28:43)



Cudownie wiedzieć, że są takie piękne rodziny, że matki wspierają córki. Sama straciłam dwoje dzieci, niestety nie dane mi było otrzymać tego wsparcia. (Data zamieszczenia: 2016-09-11 00:03:42)



U dzieci po takich przeżyciach, jakich doświadczyły Dziewczynki, najtrudniej zdobyć zaufanie i wyrobić w nich poczucie bezpieczeństwa.... Tobie Aniu się to udało i to jest największym sukcesem ... Jesteś Wojowniczką (Data zamieszczenia: 2016-09-10 16:19:13)



Pani Aniu,pisze Pani jak wazne sa zdjecia...tak sa, my mamy kilka ale bardzo ciezko jest nam do nich wracac:(na naszych twarzach jest tylko jedno,..bol,ogromny zal i smutek... (Data zamieszczenia: 2016-09-08 22:03:15)



Pani Aniu, ten wpis sprawil, ze odzyly wspomnienia.,doskonale rozumiem Pania,..i wiem,ile moze kosztowac taki wpis.,podobnie jak Pani stracilam dziecko i tak samo nie moglam cieszyc sie oczekiwaniem na malenstwo,gdyz losy byly juz zdaniem lekarzy przesadzone...wiem doskonale jak to jest czekac cala ciaze na TEN moment, na to nie da sie przygotowac nawet jesli wiemy wczesniej, po prostu nie da sie...i ten strach,...wiem tez jak to jest trzymac na rekach ta mala istotke i patrzec jak odchodzi...ciesze sie,ze zycie jednak wynagrodzilo Pani ten bol i jest Pani teraz szczesliwa mama. Dalo mi to nadzieje,ze moze jeszcze dobrze. Pozdrawiam serdecznie, mama Aniolka (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:59:40)



Witam Pani Małgorzato, matka chciała by dziewczynka trafiła do nas. Niestety nie jest to możliwe w obecnej chwili. Znaleźliśmy jej miejsce w domu samotnej matki, niestety nie chciała skorzystać z pomocy. Nadal uparcie tkwi w związku, który ją wykańcza. Póki co pojechały do niej dwie paczki z wyprawką i wózkiem. Tak w obecnej chwili możemy pomóc. (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:55:43)



Zawsze mòwiłam Aniu ,że Cie podziwiam za to robisz :-) Masz bardzo wielkie serduszko :-) Mam nadzieje że ten blog pomoże nie jednej kobiecie :-) Ja czytając wszystkie wpisy bylam bardzo wzruszona :'( I już czekam z niecierpliwością na następne wpisy :-) A Tobie Aniu życzę spełnienia wszystkich marzeń i planòw :-) (Data zamieszczenia: 2016-09-08 21:35:14)



Pani Aniu jakie to szczęście, że dziewczynki trafiły do Pani. Moja Zuza ma 17 msc i nie wyobrażam sobie jak można oddać takie dziecko. A tu w drodze kolejny maluszek... Czy mama chce malutką zostawić przy sobie? Małgorzata (Data zamieszczenia: 2016-09-08 20:34:27)



Wpis z głębi serca rewelacja powodzenia i czekam niecierpliwie na kolejne :) powodzenia życzę <3 (Data zamieszczenia: 2016-09-08 18:58:12)



Aniu podziwiam cię, że masz siłę a to że masz ogromne Serce to już dawno się przekonałam .Dajesz przykład, że nie ważne co się dzieje przez co człowiek przechodzi to jest wstanie podnieść i iść dalej. Ja też miałam wsparcie w Mojej Mamie w pewnym Istotnym momencie życia . (Data zamieszczenia: 2016-09-08 16:36:44)

Facebook